- Wbrew różnym opiniom Stany Zjednoczone pozostaną hegemonem gospodarczym i politycznym. Polityka Donalda Trumpa, owszem, szkodzi USA, ale Ameryka nadal ma wiele mocnych kart - ocenia prof. Marcin Piątkowski.
- Udział dolara w światowych rezerwach od lat spada, ale pogłoski o śmierci amerykańskiej waluty są mocno przesadzone - dodaje były ekonomista Banku Światowego.
- Czego możemy życzyć sobie i Amerykanom z okazji 4 lipca? Tego, żeby Europa była bardziej amerykańska, a Ameryka bardziej europejska - komentuje nasz rozmówca.
Tomasz Setta, money.pl: Amerykanie świętują 250. rocznicę uzyskania niepodległości. Jedni twierdzą, że USA chylą się dziś ku upadkowi, inni przekonują, że Stany przeżywają właśnie rozkwit. Która z tych opinii jest panu bliższa?
Dr hab. Marcin Piątkowski, prof. Akademii Leona Koźmińskiego: Myślę, że ani jedna, ani druga. Prawda jak zawsze leży pośrodku. Ameryka jest cały czas największą, najpotężniejszą i najmocniejszą gospodarką na świecie, która odpowiada za blisko jedną czwartą globalnego PKB. To może się wydawać szokujące, ale ponad połowa kapitalizacji wszystkich światowych giełd przypada na giełdę w Nowym Jorku.
USA są także cały czas niekwestionowanym, globalnym liderem w dziedzinie technologii, czego najlepszym przykładem jest rozwój sztucznej inteligencji. Z drugiej strony, Stany Zjednoczone mierzą się też z poważnymi długoterminowymi problemami, jak kwestia nierówności społecznych, ale też z problemami krótkoterminowymi, wynikającymi z polityki Donalda Trumpa, którą oceniam jako szkodliwą: dla Ameryki i dla świata.
Czy w dużym biznesie jest się samotnym? Najbogatszy Polak odpowiada
Mimo wszystko uważam, że USA wyjdą z tego obronną ręką. Zresztą, to nie pierwszy raz, kiedy wieszczy się upadek Stanów. Tak było przecież i po porażce w Wietnamie, i w latach 80., w czasie - wydawałoby się - rosnącej supremacji japońskiego eksportu i tamtejszej gospodarki. Tak samo mówiono też o Ameryce w czasie globalnego kryzysu finansowego, którego epicentrum były USA, czy w trakcie pandemii COVID-19.
Wszystko to nie podważyło jednak unikatowych, mocnych stron Amerykanów. Na tej podstawie sądzę, że przez kolejnych 250 lat Stany Zjednoczone pozostaną światowym hegemonem gospodarczym, politycznym i kulturalnym.
Ameryka trwa, ale w powszechnym odczuciu nie jest już chyba stabilnym i przewidywalnym partnerem.
Zgoda, polityka Donalda Trumpa doprowadziła do tego, że właściwie cały świat - w tym najbliżsi sojusznicy USA, od Polski po kraje Azji Wschodniej, jak Korea czy Japonia - zastanawia się nad solidnością sojuszu z Ameryką. W krótkim terminie będzie bardzo trudno odzyskać to zaufanie.
Z drugiej strony myślę, że nie możemy w tym myśleniu przesadzać i dramatyzować. Trump, owszem, jest prezydentem, ale nie będzie nim zawsze. Kiedy Richard Nixon w niesławie opuszczał Biały Dom, wielu spodziewało się długoterminowych problemów dla Ameryki, a dziś traktujemy to raczej jako historyczną ciekawostkę i myślę, że tak w przyszłości będziemy też postrzegać Trumpa. Przy założeniu oczywiście, że zapoczątkowany przez niego proces osłabiania amerykańskich instytucji zostanie odwrócony.
Podsumowując, Ameryka w krótkim terminie traci z powodu chaotycznej, nieprzewidywalnej i pozbawionej strategii polityki obecnego prezydenta, ale długoterminowo USA wciąż bronią się mocnymi kartami.
Jakie są te mocne strony?
Pierwsza z nich to demografia. W przeciwieństwie do wielu innych krajów czy regionów świata, Stany Zjednoczone cały czas rosną i mają się pod tym względem lepiej niż Europa. Kolejna sprawa to innowacje - w tej dziedzinie nawet Chiny nie są w stanie zbliżyć się do Amerykanów. USA to także kraj, który wciąż przyciąga do siebie największe talenty. Sądzę, że jeszcze długo będzie to największa siła Ameryki. Potencjał militarny - tu także Stany nie mają konkurencji i są numerem jeden, nawet jeśli wojna z Iranem pokazała, że nie zawsze daje to gwarancję sukcesu. Ameryka to także wiele globalnych firm, które przodują w większości branż.
Bardzo dobrze obrazuje to raport Draghiego: Stany Zjednoczone rozwijają się prawie dwa razy szybciej niż Europa. W porównaniu ze swoim największym konkurentem, czyli Chinami, USA też mają całkiem dobre perspektywy rozwoju. Właśnie wróciłem z Pekinu, gdzie prowadziłem zajęcia na tamtejszym uniwersytecie. Jedna z konkluzji była następująca: nawet jeśli rozmiary chińskiej gospodarki zbliżają się do USA, to Chiny wciąż częściej kopiują amerykańską technologię niż rozwijają własną. Dodatkowo, Chinom nie służy też słabnąca demografia, z czym kolei Stany nie mają problemu.
Z liczbami trudno dyskutować. Wiele z nich dowodzi, że Stany Zjednoczone pozostają potęgą w bardzo różnych obszarach. Ale siła to nie to samo, co faktyczna dominacja, czego najlepszym przykładem jest chyba wojna w Iranie.
Ma pan rację, ale historia już nieraz pokazała, że bycie najmocniejszym graczem wcale nie gwarantuje sukcesu. Ameryka wielokrotnie poczuła smak taktycznego zwycięstwa i strategicznej porażki. Tak było z Wietnamem, Irakiem i Afganistanem.
Co do przyszłości: Stany Zjednoczone pozostaną hegemonem, ale przestaną być niekwestionowanym numerem jeden. Można zapomnieć o powrocie do sytuacji z 1945 r., kiedy po zakończeniu II wojny światowej USA były odpowiedzialne za prawie połowę globalnej produkcji przemysłowej. Dzisiaj to miejsce zajęły Chiny i to w czasach pokoju. Dlatego moim zdaniem to właśnie Pekin i Waszyngton będą dwoma światowymi potęgami, do których z czasem dołączą Indie. Przy czym Indie nie będą ani tak bogate, ani tak rozwinięte pod kątem technologii jak Amerykanie i Chińczycy.
Aż chciałoby się zapytać, gdzie w tym wszystkim jest Unia Europejska?
Martwię się o nasz kontynent, bo Amerykanie "zjedli" już Europie "software’owy lunch" za pomocą bigtechów, z kolei Chiny zabierają nam "przemysłowy lunch". Niemcy co miesiąc tracą z tego powodu ok. 10 tys. miejsc pracy w przetwórstwie. Postępująca deindustrializacja to ogromne wyzwanie, któremu trzeba jak najszybciej stawić czoła. Jeszcze na początku lat 90. unijna gospodarka stanowiła 30 proc. światowego PKB, teraz to ok. 15-17 proc. Do 2040 r. spadnie do 10-12 proc. Ostatni raz Europa miała tak niski udział w globalnej gospodarce w średniowieczu. Chcę przez to powiedzieć, że Europejczycy, owszem, nadal będą się bogacić, ale ludzie w innych częściach świata będą się bogacić szybciej.
Mniej martwię się przy tym o Polskę, przynajmniej przez kolejną dekadę - nasz złoty wiek będzie trwał, choć oczywiście jego dalsze losy zależą od wspólnych, europejskich decyzji. Moim zdaniem, Unia Europejska musi dziś postawić na trzy "i", czyli na inwestycje, innowacje i integrację, wspieraną tak jak do tej pory wsparciem finansowym dla konwergencji. Uważam, że Polska może tu odegrać rolę lidera, który poprowadzi resztę krajów do koniecznych zmian.
Naszym zadaniem powinno być zachęcanie Europy do większej śmiałości, większych ambicji i do podejmowania decyzji, które sprawią, że Amerykanie i Chińczycy "nie zjedzą" nam całego "lunchu". A mówię to jako osoba, która mieszkała przez wiele lat za granicą, w Stanach Zjednoczonych, w Indiach i Chinach: Europa to wciąż najlepszy kontynent, jeśli chodzi o poziom życia, szczęście, ogólny dobrobyt czy oczekiwaną długość życia.
Dotknął pan ważnego tematu: jakość życia obywateli. Jak z tej perspektywy wygląda dziś amerykańska gospodarka?
Amerykanom zdecydowanie żyje się dziś dobrze. Kraj idzie do przodu, gospodarka rozwija się w tempie ponad 2 proc. Nierówności dochodowe są tam o wiele wyższe niż w Europie, chociaż z drugiej strony podnoszący się poziom wód - czyli zamożności - unosi wszystkie łódki. Niemniej zamożni bogacą się o wiele szybciej od pozostałych. Pierwszy przykład z brzegu to Elon Musk, czyli Amerykanin południowoafrykańskiego pochodzenia, który został pierwszym bilionerem w historii.
Co do reszty Ameryki, obraz jest już o wiele bardziej skomplikowany i mieszany. Wielu tamtejszych polityków lubi chwalić się tym, że amerykańska gospodarka "odjechała" europejską, ale już mało kto wspomina, że poziom życia 80 proc. Francuzów jest wyższy niż poziom życia 80 proc. biedniejszych Amerykanów, co jest spowodowane ogromną skalą nierówności dochodowych.
Z punktu widzenia Polski zmieniło się bardzo wiele: Stany Zjednoczone stały się dla nas w dużo większym stopniu atrakcją turystyczną niż krajem do emigracji. Jednocześnie USA stale przyciągają do siebie innowacje do Doliny Krzemowej, w tym Polaków, jak chociażby firmę Eleven Labs.
Na koniec wrócę jeszcze do poziomu szczęścia. W globalnych raportach na ten temat Polska jeszcze dekadę temu była w okolicach 50. miejsca, teraz to 24., czyli tuż za Ameryką. Jestem przekonany, że już niedługo - biorąc pod uwagę panujący trend - Polska po raz pierwszy w historii pobije USA pod tym względem, choć oczywiście nadal poziom dochodów na mieszkańca będzie niższy niż w Stanach.
Udział dolara w światowych aktywach rezerwowych spadł w ostatnich latach z 71 do 57 proc. Co to oznacza dla amerykańskiej waluty?
Amerykański dolar nadal jest dominującą walutą świata, i to pomimo wspomnianych przez pana spadków. Warto podkreślić, że ten niższy udział wcale nie wynika z rosnącej roli chińskiego juana czy rosyjskiego rubla. Zmiana to efekt przede wszystkim dywersyfikacji rezerw w bankach centralnych, które postanowiły przerzucić się na złoto. Narodowy Bank Polski jest tutaj świetnym przykładem. Drugi kierunek to waluty krajów rozwiniętych, takie jak frank szwajcarski czy australijski dolar.
W związku z tym głosy, jakoby era dominacji dolara dobiegła końca, są mocno przesadzone. On cały czas dominuje, choć naturalnie w mniejszym stopniu niż kiedyś. Ale opowieści o tym, że dojdzie do umiędzynarodowienia juana, zgodnie z rosnącą rolą Chin w światowej gospodarce, trzeba włożyć między bajki - to się jeszcze nie wydarzyło. Poziom tej waluty w światowych rezerwach to obecnie ok. 2 proc., przy czym w ostatnich latach ten udział nawet spadł, zamiast wzrosnąć. Tu warto podkreślić, że Chiny nie są dziś gotowe do uwolnienia kursu juana, a byłby to wymóg umiędzynarodowienia waluty. Pekin woli trzymać kurs wymiany na bardzo niskim, konkurencyjnym poziomie, żeby móc wspierać swój eksport.
Mówiliśmy dużo o mocnych kartach USA, ale amerykańska gospodarka ma też strukturalne problemy. Które musi rozwiązać w pierwszej kolejności?
W krótkim terminie wyzwaniem jest z pewnością polityka obecnego prezydenta. Donald Trump wygrał wybory z hasłem "Make America Great Again", czyli "uczyńmy Amerykę znów wielką", a on sam stawiał sobie dwa cele: zwiększyć liczbę miejsc pracy w przemyśle i zlikwidować deficyt w handlu międzynarodowym. W obu tych przypadkach Trump poniósł porażkę. Zatrudnienie w przemyśle jak spadało, tak spada. W zeszłym roku był to spadek o 88 tys. miejsc, który tylko postępuje.
Deficyt handlowy jest natomiast dokładnie taki sam jak przed tzw. "Dniem Wyzwolenia" ponad rok temu (dzień, w którym Trump ogłosił nowe stawki celne - red.). Ten deficyt nie zmienia się, bo jego skala nie zależy od wysokości ceł, tylko od różnicy pomiędzy wydatkami a zarobkami Amerykanów. A ponieważ ich wydatki stale przewyższają dochody, to deficyt handlowy finansowany przez resztę świata będzie trwał.
Jednocześnie Trump miał dużo szczęścia, bo gigantyczne inwestycje w centra danych obsługujące sztuczną inteligencję - których źródłem są także sukcesy polskich informatyków z OpenAI - odpowiadają dziś za nawet połowę amerykańskiego wzrostu gospodarczego. Bez tego gospodarka USA nie byłaby liderem, a nawet mogłaby znaleźć się na skraju recesji.
Długoterminowo wyzwaniem będzie wzmocnienie amerykańskich instytucji demokratycznych, osłabionych przez Trumpa. Tymczasem inkluzywne instytucje są podstawą długofalowego rozwoju i podtrzymania sukcesu. Kolejna sprawa to wspomniany wcześniej poziom nierówności, który rośnie dzisiaj także w wyniku polityki gospodarczej obecnego prezydenta. Na wprowadzonej przez niego obniżce podatku skorzystali najbogatsi, a w najmniejszym stopniu najbiedniejsi Amerykanie. Jeśli nic się nie zmieni, to ta rosnąca polaryzacja ekonomiczna, ale też polityczna, będzie główną przeszkodą w rozwoju USA przez kolejne dekady.
Czego możemy życzyć sobie i Amerykanom z okazji 4 lipca?
Tego, żeby Europa była bardziej amerykańska, a Ameryka - bardziej europejska. Chciałbym, żeby Amerykanie nauczyli się, że ich system społeczno-gospodarczy, a także polityczny, można zeuropeizować. Chodzi o to, by zachować innowacje i przedsiębiorczość, ale przy okazji dzielić się tymi sukcesami z większą częścią społeczeństwa, bardziej sprawiedliwie - tak, jak potrafi robić to Europa.
My musimy się nauczyć być bardziej przedsiębiorczy, lepiej zintegrowani, mniej zregulowani, z jeszcze bardziej otwartym rynkiem dla towarów i innowacji. Nie wiemy oczywiście, jak będzie wyglądał świat za kolejne 250 lat, ale jestem przekonany, że będzie to świat lepszy i bogatszy od tego, który mamy dzisiaj.
*Dr hab. Marcin Piątkowski, profesor Akademii Leona Koźmińskiego, były główny ekonomista Banku Światowego m.in. w Chinach i Indiach, autor koncepcji "złotego wieku" i książki pt. "Złoty wiek. Jak Polska została europejskim liderem wzrostu i jaka czeka nas przyszłość".