Lecisz i zaskoczenie. Ceny zbliżone do polskich. Ale to może się zmienić

Japonia przeżywa turystyczny boom, do którego przyczyniają się też podróżujący tam coraz chętniej Polacy. W kraju, który dawniej był z perspektywy Europejczyków horrendalnie drogi, ceny towarów i usług są dziś zbliżone do polskich. To konsekwencja niskiej inflacji i wieloletniego spadku wartości jena. Wkrótce jednak losy japońskiej waluty mogą się gwałtownie odmienić.

JaponiaKurs jena z 22 lipca
Źródło zdjęć: © GETTY | Mauro Ujetto, Soichiro Koriyama, Bloomberg
Grzegorz Siemionczyk

W 2025 r. Japonię odwiedziło niemal 42,7 mln turystów zza granicy, o 16 proc. więcej niż w 2024 r., który również był pod tym względem rekordowy. W porównaniu do 2019 r., ostatniego roku przed pandemią COVID-19, która czasowo stłumiła ruch turystyczny na świecie, liczba cudzoziemców wizytujących Kraj Kwitnącej Wiśni była w ubiegłym roku aż o 34 proc. wyższa. Spośród państw OECD tylko Kolumbia odnotowała większy wzrost popularności.

Do boomu turystycznego w Japonii przyczyniają się też Polacy, którzy coraz częściej wybierają ten egzotyczny niegdyś kierunek podróży. Wiele mówi o tym decyzja LOT-u, aby zagęścić sieć połączeń lotniczych między Warszawą a Tokio.

W lipcu i sierpniu tego roku polski przewoźnik lata do japońskiej metropolii 10 razy w tygodniu, w porównaniu do siedmiu razy rok temu. We wrześniu takich lotów ma być już 11.


WIDEO
Trzy prace, trzy klęski. Trudne początki Patrycjusza Wyżgi II Pierwsza Praca #1 


Japonia wyprzedziła Tajlandię

Choć Polacy zaczęli na większą skalę podróżować do Japonii dopiero w ostatnich latach, skokowy wzrost popularności tego kraju wśród turystów z innych państw rozpoczął się wcześniej. Między 2012 a 2018 r. liczba cudzoziemców odwiedzających Kraj Kwitnącej Wiśni zwiększyła się niemal czterokrotnie, z 8,4 do 31,2 mln.

Ale dopiero w 2024 r. Japonia wyprzedziła pod tym względem (o niemal połowę mniej ludną) Tajlandię, która była wcześniejszym azjatyckim odkryciem turystów z Europy i Ameryki. W Europie przegoniła zaś Austrię.

Japonia pod względem liczby zagranicznych turystów wyprzedziła
Japonia pod względem liczby zagranicznych turystów wyprzedziła niedawno m.in. Tajlandię © money.pl | Angelika Sętorek

Nowy hit eksportowy Japonii

Japonii wciąż daleko do takiej popularności, jaką cieszą się niektóre państwa Starego Kontynentu. Francja i Hiszpania regularnie przyjmują więcej turystów niż liczą mieszkańców, zdarza się to również Włochom. Z kolei w Wielkiej Brytanii liczba turystów od kilku lat odpowiada nieco ponad połowie populacji kraju, podobnie jak w Polsce. Tymczasem w Japonii ubiegłoroczna liczba przyjezdnych odpowiadała tylko 35 proc. tamtejszej populacji.

Dla samych Japończyków zmiana siły przyciągania ich kraju jest jednak wręcz szokująca. Jeszcze kilkanaście lat temu to oni bardzo chętnie podróżowali za granicę, stając się w wielu krajach Azji, Europy i Ameryki synonimem zamożnego turysty. Dopiero w 2015 r. pierwszy raz we współczesnej historii liczba cudzoziemców odwiedzających Japonię przekroczyła liczbę podróżujących za granicę Japończyków. A branża turystyczna zaczęła odgrywać istotną rolę w tamtejszej gospodarce. Takie usługi są obecnie drugim najważniejszym po samochodach produktem eksportowym Japonii.

Mniej więcej od dekady liczba cudzoziemców odwiedzających Japoni
Mniej więcej od dekady liczba cudzoziemców odwiedzających Japonię jest większa niż liczba Japończyków podróżujących za granicę © money.pl | Angelika Sętorek

Według danych OECD w 2024 r. z turystyką powiązanych było ponad 9 proc. miejsc pracy w Japonii, co było wynikiem powyżej średniej dla wszystkich państw z tego klubu. Dla porównania, w Grecji i Hiszpanii ten odsetek jest w okolicy 14 proc., a w Niemczech i Wielkiej Brytanii w okolicy 4 proc.

Zagraniczni turyści wydali wtedy w Kraju Kwitnącej Wiśni około 55 mld dol., podczas gdy Japończycy wydali za granicą nieco ponad 14 mld dol. Różnica wyniosła ponad 40 mld dol., podczas gdy przed pandemią COVID-19 nie przekraczała 25 mld dol., a jeszcze dawniej była długo ujemna.

Wyjaśnień japońskiego fenomenu jest wiele, zwykle odwołują się do magnetyzmu tamtejszej kultury. Turystów przyciąga m.in. popularność anime i mangi, kuchnia i związane z nią ceremonie, ale też połączenie tradycji ze stereotypową wręcz nowoczesnością. I choć wszystko to niewątpliwie ma znaczenie, kluczową rolę odgrywają czynniki ekonomiczne: Japonia, która dawniej należała do państw wyjątkowo drogich dla cudzoziemców, stała się krajem tanim.

Ceny w Tokio jak w Warszawie

Dobrze ilustrują to wyliczenia ekonomistów z Deutsche Banku, którzy od 2012 r. monitorują koszty życia w kilkudziesięciu metropoliach. Gdy ten projekt ruszał, Japonia pod względem poziomu cen (w przeliczeniu na jedną, syntetyczną walutę) grała w jednej lidze z Danią i Szwecją.

Wyraźnie droższe były tylko Szwajcaria, Australia i Norwegia. W 2025 r. poziom cen w Kraju Kwitnącej Wiśni był już niższy niż w jakimkolwiek innym spośród wysoko rozwiniętych państw. Dziś Japonia przypomina pod tym względem Grecję, Meksyk oraz… Polskę.

Koszt wynajmu trzypokojowego mieszkania w Tokio to zaledwie 25 proc. takiego kosztu w Nowym Jorku. Posiłek w restauracji dla dwóch osób jest tam tańszy niż w Warszawie lub Pradze, kosztuje jedną trzecią tego co w Zurychu i Nowym Jorku. Za posiłek w McDonaldsie trzeba zapłacić tylko 25 proc. tego, co w Tel Awiwie. Na świecie nie ma też kraju, w którym iPhone (po uwzględnieniu podatków) byłby tańszy niż w Japonii

– opisują analitycy Deutsche Banku.
Popularność Japonii wśród zagranicznych turystów wynika z wyraźn
Popularność Japonii wśród zagranicznych turystów wynika z wyraźnego spadku cen towarów i usług w tym kraju. Poziom cen w 2012 r. prezentuje oś pozioma, a poziom cen w 2025 r. oś pionowa © Licencjodawca | Deutsche Bank Research Institute

Jak doszło do tego, że Japonia z kraju, który z powodu wysokich cen był poza zasięgiem większości turystów, stała się krajem przystępnym cenowo? Złożyły się na to dwa, powiązane ze sobą trendy. Jednym było systematyczne osłabienie jena wobec innych walut, drugim zaś niska na tle reszty świata inflacja.

Bank Japonii zniechęcił inwestorów

W 2012 r. za jednego dolara można było kupić niespełna 80 jenów, najmniej w historii. Było to apogeum aprecjacji japońskiej waluty, która rozpoczęła się w trakcie globalnego kryzysu finansowego pięć lat wcześniej. W reakcji na ten kryzys główne banki centralne obniżyły stopy procentowe do zera, idąc w ślady Banku Japonii (BoJ).

Który od dawna prowadził bardzo łagodną politykę pieniężną, usiłując pokonać deflację. Kapitał, który wcześniej odpływał z Kraju Kwitnącej Wiśni w poszukiwaniu wyższych stóp zwrotu, zaczął wracać na japoński rynek. Sprzyjało temu również to, że jen miał reputację bezpiecznej przystani, co miało dla inwestorów duże znaczenie w okresie globalnego kryzysu finansowego i niewiele późniejszego kryzysu zadłużeniowego w strefie euro.

Realny efektywny kurs wymiany jena, czyli notowania japońskiej w
Japońska waluta od lat systematycznie traci na wartości. Wykres prezentuje tzw. realny efektywny kurs jena, czyli jego notowania wobec koszyka walut partnerów handlowych Japonii z uwzględnieniem różnic w inflacji na poszczególnych rynkach © Licencjodawca | FRED

Aktualnie za dolara można kupić ponad 163 jeny, najwięcej od lat 80. XX w. To oznacza, że od 2012 r. japońska waluta osłabiła się wobec amerykańskiej o ponad 50 proc. Równie mocno straciła na wartości względem euro oraz wielu innych walut, w tym złotego.

Deprecjacja jena następowała falami. Pierwsza ruszyła właśnie w 2012 r., wraz z końcem kryzysu zadłużeniowego w strefie euro (w lipcu tamtego roku ówczesny prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi wygłosił słynne zdanie, że zrobi wszystko co w jego mocy, aby uratować strefę euro). W kolejnych latach banki centralne wycofywały się stopniowo z antykryzysowej polityki pieniężnej, podczas gdy Bank Japonii zaczął eksperymentować z ujemnymi stopami procentowymi.

Kolejny kryzys, związany z pandemią COVID-19, ponownie doprowadził do zbliżenia stóp procentowych w Japonii i na innych rynkach. Ale wkrótce potem większość państw zaczęła się mierzyć z wysoką inflacją, na co banki centralne zareagowały ostrymi podwyżkami stóp procentowych.

W Japonii wzrost cen też przyspieszył, ale pozostał niemrawy na tle reszty świata. Tamtejszy bank centralny zaczął zaostrzać politykę pieniężną dopiero w 2024 r., a do połowy tego roku doprowadził swoją główną stopę procentową do zaledwie 1 proc. To podkopało atrakcyjność inwestycji w japońskie aktywa finansowe. Jen znów stał się walutą chętnie pożyczaną w celu sfinansowania inwestycji na innych rynkach (to tzw. transakcje carry-trade).

Wojna w Iranie i spowodowany przez nią wzrost cen ropy naftowej jeszcze to zjawisko nasiliły. Zwiększyły bowiem oczekiwania na podwyżki stóp procentowych w USA i Europie.

Tak podskoczyła siła nabywcza dochodów Polaków

Słabnący jen sam w sobie sprawiał, że z perspektywy zagranicznych turystów Japonia stawała się coraz tańsza. Ten efekt wzmacniało jednak to, że ceny towarów i usług na tamtejszym rynku rosły wolniej niż gdzie indziej. W 2025 r. poziom cen konsumpcyjnych był o zaledwie 12 proc. wyższy niż w 2020 r. i o nieco ponad 18 proc. wyższy niż w 2012 r. Dla porównania, w USA, Niemczech i Wielkiej Brytanii skumulowana inflacja z minionych pięciu lat wyniosła od 24 do 27 proc., a z minionych piętnastu lat od 36 do 44 proc. Nad Wisłą poziom cen w tym czasie podskoczył o – odpowiednio – 44 i 57 proc.

Niemrawy wzrost cen w Japonii szedł w parze z równie powolnym wzrostem płac. Inaczej było w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie podwyżki wynagrodzeń nie tylko dotrzymywały kroku inflacji, ale nawet ją wyprzedzały. W rezultacie przystępność cenowa Japonii z perspektywy turystów z naszego regionu zwiększyła się nawet bardziej niż z perspektywy gości z Ameryki Północnej i Europy Zachodniej.

Zmęczeni turystycznym boomem. Rosną opłaty

Bieżący rok może być jednak ostatnim, gdy wakacje w Japonii tanieją relatywnie do innych kierunków. Po pierwsze, mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni są zmęczeni turystycznym boomem, zwłaszcza że jest on skoncentrowany w największych miastach, które i tak są zatłoczone. Tamtejsze władze deklarują, że nie chcą ograniczyć napływu turystów, ale dążą do podwyższenia związanych z tym wpływów do budżetu państwa. Pozwoli to na inwestycje łagodzące problem nadmiernego zatłoczenia niektórych miejsc.

Z początkiem lipca trzykrotnie wzrosła tzw. opłata wyjazdowa (do 3 tys. jenów, czyli około 70 zł), a aż pięciokrotnie (do 15 tys. jenów, czyli około 350 zł) podrożała wiza turystyczna, której jednak Polacy i inni przyjezdni z UE nie potrzebują.

Co jednak ważniejsze, rząd w Tokio rozważa nowe pomysły na zahamowanie deprecjacji jena. Jeśli wejdą w życie, japońska waluta może wkrótce zacząć się umacniać – być może gwałtownie.

Wielka repatriacja kapitału

Dotychczas to na Banku Japonii spoczywała odpowiedzialność za stabilizowanie kursu waluty, w tym przeciwdziałanie zbyt szybkiemu jej osłabieniu. Skuteczność tej polityki była jednak wątpliwa. W krótkim czasie na przełomie kwietnia i maja BoJ przeznaczył ponad 70 mld dol. (blisko 6 proc. rezerw walutowych kraju) na interwencje na rynku walutowym, które miały zapobiec wzrostowi kursu dolara powyżej 160 jenów. Ostatecznie ten cel został porzucony, co otworzyło drogę do zwyżki tego kursu do aktualnego poziomu.

Alternatywną metodą stabilizowania jena byłyby dalsze podwyżki stóp procentowych, ale – jak zauważył w niedawnym raporcie Roberto Mialich, strateg walutowy z włoskiego banku UniCredit – przeciwny jest temu japoński rząd, który wolałby, aby BoJ raczej wspierał wzrost gospodarczy niż go tłumił.

Celem jest "silna i bogata Japonia"

Gabinet Sanae Takaichi, pierwszej w historii kobiety na stanowisku premiera Japonii, przedstawił niedawno zarys planu, którego celem jest "silna i bogata Japonia". Jego elementem są zwiększone inwestycje publiczne, co będzie wymagało dalszego wzrostu zadłużenia kraju, już dziś przekraczającego 200 proc. PKB. Podwyżki stóp procentowych nie tylko bezpośrednio podwyższałyby koszty obsługi długu, ale też potencjalnie obniżały nominalne tempo wzrostu PKB – utrudniając "wyrastanie" z zadłużenia.

Przeciwny efekt miałoby sprowadzenie do kraju części pieniędzy, które japońskie fundusze emerytalne – w tym państwowy GPIF – zainwestowały za granicą. Taką propozycję przedstawiła w połowie lipca minister finansów Japonii Satsuki Katayama.

GPIF zarządza aktywami o wartości 293,6 bln jenów (około 6,8 bln zł), z czego połowę stanowią aktywa zagraniczne. Przed zmianą polityki inwestycyjnej w następstwie przeglądu z 2020 r. fundusz około 60 proc. aktywów utrzymywał w kraju, a tylko 40 proc. za granicą. Zmiana struktury portfela GPIF przyczyniła się do tego, że Japonia stała się największym zagranicznym posiadaczem obligacji skarbowych USA. Na koniec kwietnia zaangażowanie japońskich inwestorów w te papiery sięgało 1,2 bln dol. (4,6 bln zł).

"Naszym zdaniem zwiększenie popytu funduszy emerytalnych na aktywa w jenach kosztem aktywów w walutach obcych może mieć silniejszy, strukturalny wpływ na kurs jena niż" jastrzębia "retoryka BoJ, dalsze podwyżki stóp procentowych lub interwencje na rynku walutowym" – napisał Mialich we wspomnianym raporcie.

Jak zauważył strateg walutowy z UniCreditu, przekierowanie zgromadzonych w funduszach emerytalnych oszczędności na krajowy rynek miałoby z perspektywy rządu w Tokio trzy pozytywne skutki. Zwiększyłoby popyt na długoterminowe obligacje skarbowe, zakotwiczyło na niskim poziomie ich rentowność oraz umocniłoby jena, co ułatwiłoby utrzymywanie w ryzach inflacji bez podwyżek stóp procentowych.

Jak silne byłyby te efekty? Analitycy z Bank of America Securities wyliczyli, że gdyby cztery największe japońskie publiczne fundusze emerytalne w ciągu kilku miesięcy zmniejszyły udział zagranicznych aktywów w swoich portfelach o 5 pkt proc., zwiększając o tyle samo udział aktywów krajowych, kupiłyby około 21 bln jenów (128 mld dol.).

Byłaby to więc operacja o skali większej niż wspomniane wcześniej interwencje BoJ na rynku walutowym z przełomu kwietnia i maja. Powinno to wystarczyć, aby trwale zmienić trajektorię japońskiej waluty.

Wybrane dla Ciebie