Wzbiera wielka chińska fala. Ekonomistka mówi, co powinna zrobić UE 

Radykalne podwyżki ceł na import z Chin nie przyniosły USA oczekiwanych korzyści. Jeśli UE chce bronić swoich przedsiębiorstw przed chińską konkurencją, musi to zrobić mądrzej niż administracja Trumpa - przekonuje prof. Beata Javorcik, główna ekonomistka Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.

Beata JavorcikBeata Javorcik
Źródło zdjęć: © Getty Images | Alex Kraus
Grzegorz Siemionczyk

Grzegorz Siemionczyk, money.pl: Od kilku lat systematycznie maleje stosunek wartości polskiego eksportu towarów i usług do PKB kraju. Początkowo to zjawisko łatwo było uznać za normalizację po wystrzale eksportu z lat 2021-2022, gdy w przemyśle trwał boom po pandemii Covid-19. Ale w 2025 r. wartość polskiego eksportu relatywnie do PKB była już niższa niż przed tamtym boomem. Czy to jest przejaw malejącej konkurencyjności polskich firm na globalnym rynku?

Prof. Beata Javorcik, główna ekonomistka Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOR): Częściowo tak może być, ale istnieje kilka innych czynników, które mogą tłumaczyć to zjawisko. Jednym z nich jest słaba od kilku lat koniunktura w Niemczech. Drugim umocnienie złotego, które również trwa od kilku lat. To nie pomaga eksportowi. Pewne znaczenie może mieć też rewolucja technologiczna związana ze sztuczną inteligencją.

W sektorze usług dla biznesu, który był jednym z kół zamachowych polskiego eksportu, firmy nie zwiększają zatrudnienia już tak dynamicznie jak kilka lat temu, bo spodziewają się, że wiele procesów uda się zautomatyzować. Warto też pamiętać o tym, że polski eksport był napędzany przez inwestujące u nas zagraniczne firmy. A od momentu ataku Rosji na Ukrainę takich inwestycji, zarówno w Polsce, jak i w innych krajach Europy, jest mniej. Częściowo jest to konsekwencja kryzysu energetycznego, częściowo zaś niepewności.

Jedno dziecko to 600 tys. zł? Ekonomista wylicza koszty

Efekty kryzysu energetycznego dobrze pokazuje jeden z wykresów z najnowszego raportu EBOR-u: w krajach Europy Środkowo-Wschodniej produkcja przemysłowa w branżach energochłonnych jest dziś o kilkanaście procent niższa niż w 2021 r., podczas gdy w innych branżach jest o kilkanaście procent wyższa.

Na innym wykresie pokazaliśmy, że sześć lat temu ceny gazu ziemnego w Europie i w USA były takie same. Później jednak, gdy Europa zaczęła się odcinać od gazu z Rosji, ceny tego surowca w Europie bardzo wzrosły. Wynikało to z faktu, że zaczęliśmy importować więcej LNG (skroplonego gazu), który jest droższy niż gaz dostarczany rurociągami.

W 2022 r., po ataku Rosji na Ukrainę, podaż LNG na świecie nie odpowiadała zwiększonemu nagle popytowi, a do tego w Europie brakowało terminali do odbioru tego surowca. Z czasem dzięki inwestycjom w infrastrukturę LNG różnica między cenami gazu w UE i USA zaczęła maleć, ale ponownie wystrzeliła w następstwie konfliktu na Bliskim Wschodzie. Obecnie znów w Europie surowiec ten jest ponad pięciokrotnie droższy niż za Atlantykiem. A w wielu krajach to właśnie ceny gazu w dalszym ciągu determinują cenę energii elektrycznej. To uderza w konkurencyjność energochłonnego przemysłu w całej UE. A w Polsce tracą na tym również producenci z mniej energochłonnych branż, którzy są dostawcami firm niemieckich.

Osłabienie widoczne w polskim eksporcie wpisuje się w obawy, że chińscy producenci wypierają europejskich nie tylko z lokalnych rynków, ale też z rynków trzecich. Wysokie koszty energii nie są chyba główną przyczyną tego, że europejskie firmy mają trudności w konkurowaniu z chińskimi?

Nie są. W jednym z raportów zwracaliśmy uwagę na to, że struktura eksportu Chin coraz bardziej upodabnia się do struktury eksportu państw Unii Europejskiej. Równocześnie struktura importu Chin jest coraz mniej podobna do struktury eksportu UE. To oznacza, że Chiny w coraz większym stopniu są konkurentem Europy na rynkach zbytu, a w mniejszym stopniu same są rynkiem zbytu dla europejskich producentów. Bardzo dobrze widać to w danych z Niemiec. Przez długi czas wzrost niemieckiego eksportu dotrzymywał kroku wzrostowi chińskiego PKB, ale od kilku lat już tak nie jest. Na ten długoterminowy trend nałożyło się nowsze zjawisko. Wojna handlowa między USA a Chinami doprowadziła do dużego spadku amerykańskiego importu chińskich towarów. Ich producenci szukają więc nowych rynków zbytu.

Czy Unia Europejska powinna bronić swoich producentów przed konkurencją z Chin? Liderzy państw UE są w tej kwestii coraz bliżej porozumienia, ale nie ma zgody co do tego, jakich narzędzi należy użyć. Czy państwa Europy powinny trzymać się reguł WTO i przeciwstawiać się tylko nieuczciwym praktykom handlowym Chin, czy raczej pójść w ślady USA i radykalnie zwiększyć cła na chińskie towary?

Zanim Europa pójdzie ścieżką administracji amerykańskiej, powinna zadać sobie pytanie, czy ta ścieżka doprowadziła USA do celu, tzn. przyniosła tej gospodarce jakieś korzyści. Pierwszą serię podwyżek ceł na chińskie towary Waszyngton ogłosił w 2018 r. Badania pokazują, że nie stworzyło to nowych miejsc pracy w USA. Przeciwnie, zmalało zatrudnienie w sektorach, które polegały na imporcie części i komponentów z Chin. Cła podwyższyły koszty tego importu i zmniejszyły konkurencyjność niektórych amerykańskich firm. Po drugie, w odwecie Chiny podwyższyły swoje cła na import z USA, co również negatywnie odbiło się na amerykańskiej gospodarce. Po trzecie, podwyżki ceł uderzyły w konsumentów, którzy nadal kupują importowane towary, tylko płacą za nie więcej.

Doświadczenia USA sugerują, że jeśli Europa chce się bronić przed nadmiernym importem z Chin, powinna to robić mądrzej, przestrzegając globalnych reguł gry. WTO pozwala krajom członkowskim wprowadzać tymczasowe cła osłonowe, chroniące lokalny rynek przed nagłym wzrostem importu, a także przed dumpingiem i subsydiami dla eksporterów u partnerów handlowych.

Dotąd UE tak właśnie postępowała, na przykład wtedy, gdy w 2024 r. podwyższyła cła na chińskie auta elektryczne. Nie zapobiegło to jednak gwałtownemu wzrostowi importu takich pojazdów. Stąd poczucie, że reguły WTO nie wystarczają do ochrony europejskiego przemysłu. Z drugiej strony istnieją obawy, że bardziej zdecydowane próby ograniczenia importu z Chin odbiją się nam czkawką, na przykład spowalniając zieloną transformację w Europie i podtrzymując przez to jej uzależnienie od importu surowców energetycznych.

Bardzo trudno jest prowadzić mądrą politykę przemysłową. Wynika to z tego, że ochrona jednej gałęzi gospodarki może pozytywnie wpłynąć na jej zatrudnienie i produkcję, ale jednocześnie zaszkodzić innym gałęziom gospodarki. Przykładowo, jeśli chcemy chronić europejskich producentów aluminium i stali, musimy liczyć się z tym, że podwyższymy koszty europejskich producentów samochodów. Trzeba więc wyważyć interesy różnych gałęzi gospodarki, co zawsze jest źródłem kontrowersji.

Dlatego podstawową zasadą prowadzenia dobrej polityki przemysłowej jest precyzyjne określenie jej celów i ich priorytetyzacja. UE chce z jednej strony podtrzymać zatrudnienie w przemyśle motoryzacyjnym, ale z drugiej strony chce elektryfikować transport. Cła na import aut z Chin mogą pomóc w realizacji pierwszego z tych celów, ale spowolnią realizację drugiego. Unijni liderzy muszą więc ustalić, który z tych celów jest ważniejszy. To samo dotyczy ewentualnych ograniczeń w imporcie paneli fotowoltaicznych i turbin wiatrowych z Chin. To pomoże lokalnym producentom takich urządzeń, ale jednocześnie spowolni inwestycje w OZE, które są jednym ze sposobów na obniżenie cen energii w Europie.

Drugą ważną zasadą prowadzenia polityki przemysłowej jest to, że ona musi być tymczasowa. Ochrona wybranych gałęzi gospodarki powinna skłonić firmy do działań, które poprawią ich produktywność. Jeśli nie sprecyzujemy, jak długo ochrona będzie obowiązywała, firmy nie będą się spieszyły z tymi inwestycjami. Po jakimś czasie przyzwyczają się do wsparcia i trudno będzie im je odebrać. A cel tej ochrony nie zostanie osiągnięty. Warto bowiem pamiętać, że ochrona europejskiego rynku przed importem sama w sobie nie pomoże w zwiększeniu konkurencyjności europejskich firm na rynkach trzecich.

Politycy PiS twierdzą, że istnieją szybsze recepty na obniżenie cen energii w Polsce niż inwestycje w OZE. To likwidacja ETS-u, czyli europejskiego systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2, i oparcie naszej energetyki ponownie na węglu. To rozsądna propozycja?

Zakładając nawet, że zupełnie zapominamy o kryzysie klimatycznym, energia z OZE na dłuższą metę będzie tańsza niż energia z węgla. A do tego pozwoli Polsce zmniejszyć uzależnienie od importu surowców energetycznych, bo węgiel zza granicy jest tańszy niż krajowy. Dlatego zatrzymanie transformacji energetycznej, nawet gdyby miało jakieś krótkoterminowe korzyści, nie jest trwałym rozwiązaniem problemu negatywnego wpływu wysokich cen energii na konkurencyjność polskiej gospodarki. Takim rozwiązaniem są inwestycje w OZE, w sieć energetyczną i w magazyny energii.

Z inwestycjami może być jednak problem ze względu na to, że po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych rząd będzie musiał zdecydowanie zaostrzyć politykę fiskalną, aby ograniczyć deficyt budżetowy i zahamować narastanie długu publicznego. Jak to zrobić, aby nie zahamować wzrostu gospodarczego?

Trzeba wyraźnie rozróżnić działania fiskalne, które oddziałują na popyt konsumpcyjny, od tych, które oddziałują na popyt inwestycyjny. Zwiększanie kwoty wolnej od PIT, podwyżki drugiego progu podatkowego, obniżki akcyzy czy VAT-u oraz nowe świadczenia to działania pierwszego rodzaju: napędzają konsumpcję, co krótkoterminowo wspiera wzrost gospodarczy, ale nie tworzą fundamentu pod przyszły wzrost gospodarczy. Niestety, w krajach demokratycznych politycy nie mają bodźców do prowadzenia polityki fiskalnej, której efekty pojawią się po następnych wyborach. Ten problem w jakimś stopniu łagodzi u nas UE, która stwarza dla państw członkowskich zachęty do inwestycji w niektórych obszarach, np. cyfryzacji i odnawialnej energii.

W Polsce dodatkowo dużą szansą są wydatki zbrojeniowe, które mogą poprawić innowacyjność gospodarki. Innowacje w przemyśle zbrojeniowym często mają też cywilne zastosowanie. Wydatki zbrojeniowe można zresztą interpretować szeroko. Inwestycje w infrastrukturę odporną na wstrząsy, w bezpieczeństwo energetyczne i w cyberbezpieczeństwo będą poprawiały klimat dla biznesu, warunki prowadzenia działalności w sektorze prywatnym.

Istnieje jeszcze jeden sposób na poprawę sytuacji fiskalnej Polski. Na Węgrzech sama zapowiedź nowego rządu, że kraj będzie dążył do przyjęcia euro, pociągnęła w dół rentowność obligacji skarbowych, co na dłuższą metę obniży koszty obsługi długu. Może polski rząd również powinien wysłać inwestorom sygnał, że zaczyna poważnie myśleć o przystąpieniu do strefy euro?

Stopy procentowe w Polsce są dziś wyższe niż przed pandemią Covid-19 i wiele wskazuje na to, że w najbliższych latach mocno nie spadną. W warunkach stabilnych stóp procentowych i rosnącego długu publicznego koszt jego obsługi też będzie się zwiększał. To będzie coraz większa pozycja w polskim budżecie. Przygotowania do przyjęcia euro obniżyłyby ten koszt, choćby dlatego, że zmusiłyby rząd do większej dyscypliny fiskalnej – i dałyby politykom dobre argumenty, aby uzasadnić to przed wyborcami. Z tej perspektywy patrząc sama droga do euro może być ważniejsza niż cel.

Wymarzonym z perspektywy polityków sposobem na złagodzenie napięć budżetowych byłoby przyspieszenie wzrostu gospodarczego, które pozwoliłoby wyrosnąć z deficytu i długu. Być może z pomocą przyjdzie technologia AI. Bank Światowy w niedawnym raporcie oszacował, że wykorzystanie AI może zwiększyć realny PKB Polski do 2035 r. nawet o 12 proc. To oczywiście skrajnie optymistyczny spośród kilku scenariuszy opisanych w tym raporcie. Czy to możliwe, aby sztuczna inteligencja okazała się dla nas technologią tak przełomową?

Ja do potencjału sztucznej inteligencji podchodzę nieco bardziej sceptycznie. Po pierwsze, stosunkowo mało firm w naszym regionie używa AI. Z naszych badań wynika, że robią to głównie firmy w dużych miastach, firmy z młodą kadrą menedżerską i firmy, które są zaawansowane technologicznie. Po drugie, by zwiększyć produktywność, firmy muszą zreorganizować swoje procesy, a na to potrzeba czasu i wysiłku. Po trzecie, AI pozwoli wielu osobom poprawić produktywność w miejscu pracy, ale dla innych osób może oznaczać brak pracy. Już teraz widać, że firmy nadal chętnie zatrudniają doświadczonych pracowników, ale popyt na młodych pracowników osłabł. Powstaje w związku z tym pytanie, co ci młodzi ludzie będą robić? Zanim pojawią się nowe miejsca pracy, przejściowo wzrośnie stopa bezrobocia. Tak więc AI przyspieszy wzrost gospodarczy, ale pewnie potrwa to dłużej niż zakładają optymiści.

Po drugie, by zwiększyć produktywność, firmy muszą zreorganizować swoje procesy, a na to potrzeba czasu i wysiłku. Po trzecie, AI pozwoli wielu osobom poprawić produktywność w miejscu pracy, ale dla innych osób może oznaczać brak pracy. Już teraz widać, że firmy nadal chętnie zatrudniają doświadczonych pracowników, ale popyt na młodych pracowników osłabł. Powstaje w związku z tym pytanie, co ci młodzi ludzie będą robić? Zanim pojawią się nowe miejsca pracy, przejściowo wzrośnie stopa bezrobocia. Tak więc AI przyspieszy wzrost gospodarczy, ale pewnie potrwa to dłużej niż zakładają optymiści.

Prof. Beata Javorcik od 2019 r. jest główną ekonomistką Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Na czas sprawowania tej funkcji zawiesiła pracę naukową. Wcześniej wykładała na Uniwersytecie Oksfordzkim. Była pierwszą kobietą, która uzyskała tytuł profesora ekonomii tej uczelni.

Wybrane dla Ciebie