Karol Nawrocki w czwartek ogłosił, że podpisał ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, otwierając rządowi drogę do wznowienia programu CPN, który obniży ceny paliw na stacjach. To, jak ocenił lider Konfederacji Sławomir Mentzen, oznacza złamanie sformułowanej przez niego "deklaracji toruńskiej". Nawrocki podpisał ją w trakcie ubiegłorocznej kampanii wyborczej, zobowiązując się m.in. do tego, że jako prezydent nie podpisze żadnej ustawy podwyższającej istniejące podatki, składki i opłaty lub wprowadzającej zupełnie nowe daniny.
Dotychczas prezydent był w tej kwestii dość konsekwentny. Zawetował m.in. podwyżkę stawek akcyzy na alkohol oraz opłaty cukrowej, a także uszczelnienie systemu SENT, służącego do walki z oszustwami podatkowymi. Zapowiedział też sprzeciw wobec niedawnych propozycji rządu, zakładających podwyżkę stawki podatku dochodowego dla dużych firm oraz ograniczenie limitu przychodów, który uprawnia przedsiębiorców do korzystania z opodatkowania w formie ryczałtu. Wyjątek Nawrocki zrobił tylko dla ustawy podwyższającej stawkę podatku dochodowego dla banków.

Wtedy prezydent podkreślał, że "korporacje zagraniczne albo duże instytucje finansowe uzyskują rekordowe zyski", mogą więc w większym stopniu finansować wydatki państwa związane z bezpieczeństwem i obronnością. Dzięki temu, jak tłumaczył, ciężar ten nie spadnie na obywateli i małych przedsiębiorców. W czwartkowym orędziu, w którym Karol Nawrocki wyjaśniał, dlaczego postanowił podpisać ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, pojawiły się podobne argumenty: obciążenie dużych korporacji jest akceptowalne, jeśli pozwoli ulżyć zwykłym Polakom.
"Obywatel nie może być zakładnikiem i bankomatem rządzących, a ja nie pozwolę na zasypywanie katastrofy finansowej rządu środkami wprost z kieszeni obywateli" – powiedział prezydent, sygnalizując, że będzie nadal sprzeciwiał się propozycjom podwyższania obciążeń tych podatników, których sytuacja leży mu na sercu.
Fiskalna pułapka na Nawrockiego
Zostawmy na boku ocenę samego podatku od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych, co do którego zgodności z Konstytucją prezydent miał uzasadnione wątpliwości (chodzi m.in. o to, że ma obowiązywać z mocą wsteczną), a także jego nieuzasadnioną tezę, że w Polsce doszło do finansowej katastrofy, za którą wyłączną odpowiedzialność ponosi rząd Donalda Tuska. W wystąpieniu Karola Nawrockiego ważne jest co innego.
Ton tego wystąpienia sugeruje, że prezydent przyjął do wiadomości coś, co oczywiste jest już od dłuższego czasu. W najbliższych latach w polskim budżecie nie będzie już miejsca na zwiększanie jakichkolwiek wydatków lub zmniejszanie obciążeń obywateli, jeśli nie będą ich z nawiązką kompensowały cięcia innych wydatków lub podwyżki innych podatków. Dylematy finansowe, z którymi mierzy się obecny rząd, są niczym w porównaniu do tych, które czekają kolejny rząd, niezależnie od tego, kto zwycięży w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Stanie przed nimi również prezydent, którym wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będzie wciąż Karol Nawrocki.

Tym, co pozwoliło prezydentowi zrozumieć sytuację, w której się znalazł, mogła być przyjęta przez rząd niedługo przed czwartkowym orędziem "Strategia zarządzania długiem sektora finansów publicznych w latach 2027–2030". Z dokumentu tego wynika, że w 2028 r. państwowy dług publiczny (to pojęcie nieco węższe niż dług sektora finansów publicznych – red.) przekroczy tzw. próg ostrożnościowy na poziomie 55 proc. PKB, zmuszając rząd do wdrożenia w 2030 r. planu naprawczego, aby zapobiec wzrostowi długu do konstytucyjnego limitu 60 proc. PKB. Wymagałoby to zmniejszenia deficytu o równowartość kilku procent PKB. W praktyce "Strategia…" zakłada, że działania oszczędnościowe zostaną podjęte już w 2029 r., ale i tak oznaczałoby to radykalne zaostrzenie polityki fiskalnej, którego skutkiem byłoby najprawdopodobniej dotkliwe spowolnienie gospodarcze.

Tak się składa, że będzie to akurat końcówka pierwszej kadencji obecnej głowy państwa. Jeśli Karol Nawrocki będzie ubiegał się o reelekcję, jego kampania przypadnie na wyjątkowo trudny okres. Z jego perspektywy lepiej będzie, jeśli część z niepopularnych decyzji, które rząd będzie musiał podjąć, aby zatrzymać narastanie długu publicznego, zapadła jak najwcześniej. Opieranie się przez prezydenta podwyżkom podatków dzisiaj tylko po to, żeby zaakceptować jeszcze większe podwyżki w kolejnych latach, bardziej zaszkodzi jego reputacji niż jego dzisiejszym politycznym oponentom.
Finansowa ściana jest tylko na papierze
Paradoksalnie, alarmistyczny ton Nawrockiego, gdy mówi o potrzebie naprawy finansów publicznych, czyniłby jego dalszy sprzeciw wobec podwyżek obciążeń podatkowych całkowicie niezrozumiałym. W czwartek prezydent straszył, że "Polska dochodzi do finansowej ściany" i niedługo może "zabraknąć środków na zbrojenia i wypłaty emerytur". Odpowiedzialnością za to obciążył błędną politykę rządu Donalda Tuska.
Słowa te powtórzył w piątek w Stargardzie Gdańskim na spotkaniu z mieszkańcami. – Finanse publiczne idą na ścianę, obecny rząd zadłużył już Polaków na 1 bln zł – stwierdził.
Rzecz w tym, że ani prezydent, ani jego otoczenie nie potrafi wskazać w wydatkach publicznych żadnej istotnej pozycji, którą można byłoby ograniczyć. W tej sytuacji działania naprawcze muszą oznaczać podwyżki podatków. A skoro stan finansów publicznych jest tak dramatyczny, jak twierdzi Nawrocki, powinien sam o nie apelować, a nie je blokować.
W rzeczywistości finanse publiczne państwa nie są w tak złej kondycji, jak twierdzi prezydent. Konieczność zaciśnięcia pasa, która pojawi się w kolejnych latach, nie wynika z tego, że Polsce grozi kryzys fiskalny, tylko z krajowych i unijnych przepisów. "Finansowa ściana", do której według Nawrockiego dochodzimy, jest kreską na papierze. Jej przekroczenie oczywiście miałoby negatywny wpływ na wiarygodność Polski w oczach inwestorów, ale nie dlatego, że zagroziłoby stabilności finansowej kraju, tylko dlatego, że byłoby przejawem instytucjonalnej niewydolności państwa. Prezydenta, jako strażnika ładu instytucjonalnego, obciążałoby to bardziej niż faktyczne błędy w polityce finansowej rządu.