Aktorzy i muzycy kontra krawcowe i kurierzy. Rząd podzielił Polaków [OPINIA]

Projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów jak w soczewce skupia wszystkie mankamenty kreowania polityki społecznej w Polsce. Zamiast systemowo rozwiązać narastający problem osób, które mają nieregularne dochody, rząd zaoferował nowe przywileje niewielkiej części z nich. A uzasadnienie dla tej rzekomo "priorytetowej regulacji" oparł na wątpliwej jakości danych.

Ministra kultury Marta Cienkowska, premier Donald Tusk Ministra kultury Marta Cienkowska, premier Donald Tusk
Źródło zdjęć: © KPRM, PAP | Albert Zawada
Grzegorz Siemionczyk

We wtorek Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny. "Wprowadzamy system, który realnie zapewni artystkom i artystom bezpieczeństwo socjalne, system na który czekaliśmy wiele lat" – zachwalała na platformie X ministra kultury i dziedzictwa narodowego Marta Cienkowska. To rozwiązanie, jak podkreślała, "wypełnia jedną z największych luk w polskim systemie ubezpieczeń społecznych".

Trudno o większe przekłamanie. Ta ustawa nie tylko nie wypełnia żadnej luki, ale tworzy nową. Jeśli wejdzie w życie, będzie kolejnym wyłomem w systemie ubezpieczeń społecznych, który powinien być powszechny i nieskomplikowany. Dziś nie jest, co prowadzi do błędnego koła, które trudno przerwać.

Im więcej jest w tym systemie odstępstw i wyjątków od reguł, tym więcej ubezpieczonych odnosi wrażenie, że są traktowani niesprawiedliwie. A im silniejsze poczucie niesprawiedliwości tego systemu, tym silniejsza pokusa, aby w nim nie uczestniczyć.

Jak bezpiecznie chronić pieniądze przed inflacją? "Gwarancji nie ma"

To zaś jest źródłem presji na polityków, aby tworzyli dodatkowe siatki zabezpieczeń społecznych dla osób, które wypadły z systemu powszechnego (najlepszym przykładem jest tu tzw. emerytura minimalna – świadczenie społeczne, które zostało pomyślane jako uzupełnienie systemu emerytalnego, ale odgrywa w nim coraz większą rolę).

Tego mankamentu ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów nie zmniejsza to, że – wbrew części krytycznych głosów – nie będzie ona nadzwyczaj kosztowna. Przeciwnie. Pomysł ministry kultury jest skandaliczny właśnie dlatego, że jego negatywne konsekwencje dla spójności systemu ubezpieczeń społecznych będą niewspółmierne do wagi problemu, który ma rozwiązać.

Oto dlaczego rząd chce pomagać artystom

Według szacunków zawartych w ocenie skutków regulacji, w ciągu 10 lat wydatki na dopłaty do składek na ubezpieczenia społeczne dla artystów sięgną – łącznie z kosztami administracyjnymi – 4,4 mld zł, czyli 440 mln zł rocznie. Beneficjentami tego rozwiązania ma być, według tego samego źródła, około 34 tys. osób. To daje około 12,9 tys. zł rocznie na osobę. Ale pieniądze te nie trafią bezpośrednio do nich, tylko do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, Narodowego Funduszu Zdrowia, Funduszu Pracy itp. A dużą część tej kwoty w tej czy innej formie państwo i tak musiałoby w przyszłości wydać na pomoc dla artystów, którzy zostali bez środków do życia.

Przesunięcie części wydatków na politykę socjalną z dalszej przyszłości na bliższą, dzięki czemu zostaną one ujawnione, może się wydawać niezłym pomysłem. Ale to tylko pozory.

Po pierwsze, ta operacja nie będzie neutralna dla decyzji wspieranej grupy społecznej. Stworzy dla jej przedstawicieli bodźce, aby nie płacić składek na ubezpieczenia społeczne nawet wtedy, gdy uzyskują dochody na poziomie, który przedstawicieli innych zawodów z tego nie zwalnia (do tego wątku wrócimy).

Innych artystów, którzy rzeczywiście uzyskują niewielkie i nieregularne dochody, ustawa może powstrzymać od prób takiego pokierowania swoją karierą, aby uzyskać większą stabilność. To zaś będzie oznaczało, że dzisiejsze wydatki na dopłaty do składek tej grupy zawodowej będą większe niż ewentualne przyszłe wydatki na wsparcie osób, które z jakiegoś powodu nie były ubezpieczone.

Po drugie – i to jest największa słabość proponowanej ustawy – w tym samym położeniu, co osoby wykonujące zawody artystyczne, jest coraz większa część innych pracowników. W Polsce, tak jak wszędzie na świecie, wskutek zmian technologicznych powstają miejsca pracy, których charakterystyka nie przystaje do kodeksowych regulacji.

Mówi się w tym kontekście o atypowych lub niestandardowych formach pracy albo o prekaryzacji pracy. Do tej kategorii zalicza się wszelką aktywność zarobkową, która nie zapewnia jej wykonawcom takiego samego bezpieczeństwa i takich samych praw, jakimi cieszą się pracownicy etatowi.

Chodzi więc zarówno o osoby pracujące na podstawie zleceń lub umów o dzieło, jak i o tzw. pracowników platformowych, a także o samozatrudnionych, którzy w praktyce nie są przedsiębiorcami, a nawet o osoby zatrudnione wbrew własnej woli na czas określony lub niepełny etat. Jakaś część z nich nie jest w stanie regularnie opłacać składek na ubezpieczenia społeczne lub w ogóle nie jest tymi ubezpieczeniami objęta.

Artyści, jeśli chodzi o stosunki pracy, zaliczają się do którejś z tych grup. Nie są żadnym wyjątkiem.

Jeśli o mnie chodzi, nie potrafię znaleźć żadnego przekonywującego argumentu, aby spośród kilku milionów freelancerów, gigerów (niezwiązani z jednym pracodawcą, realizujący zlecenia dla różnych klientów), kontraktowców i zleceniobiorców, wyróżnić akurat 62 tys. artystów. No może poza tym, że mają większy wpływ na opinię publiczną niż np. dostawcy jedzenia, więc politykom opłaca się zabiegać o ich sympatię.

Ilu artystów potrzeba, aby ocenić, kto jest artystą?

Oczywiście, autorzy ustawy preferencje dla tej grupy zawodowej uzasadniają inaczej. Przekonują, że artyści "współtworzą kulturę, media i przestrzeń, w której żyjemy". Dowodem na to, jak "potrzebna, wartościowa i realna" jest ich praca, ma być to, że sektor kultury i przemysłów kreatywnych odpowiada za blisko 4 proc. PKB Polski. To manipulacja. Beneficjentami dopłat do składek będzie bowiem niewielka część pracowników tego sektora.

Zaliczają się do niego bowiem takie branże jak reklama i poligrafia, które łącznie odpowiadają za połowę jego wkładu do gospodarki, ale też biura tłumaczeń, twórcy gier komputerowych czy jubilerzy. Kultura i sztuka, i to z uwzględnieniem telewizji, to niewielki wycinek całego sektora kreatywnego. Owszem, do zadań państwa należy wspieranie działalności artystycznej, ale nie wymaga to psucia systemu ubezpieczeń społecznych.

Zresztą, same Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ma problem z precyzyjnym określeniem, komu właściwie ten nowy przywilej ma przysługiwać. Świadczy o tym skomplikowana procedura administracyjna, która ma wyznaczać grono beneficjentów.

O statusie artysty orzekać ma Rada Programowa, która powstanie w Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej (instytucji powstałej w wyniku przekształcenia Centrum Edukacji Artystycznej), po zasięgnięciu opinii środowiska artystycznego, reprezentowanego przez 145-osobową Komisję Opiniującą.

Krótko mówiąc, aby ustalić, kto zasługuje na miano artysty, trzeba zatrudnić 160 przedstawicieli tego środowiska.

Drugim uzasadnieniem ustawy, które przedstawia MKiDN, jest nadzwyczaj trudna sytuacja dochodowa osób wykonujących zawody artystyczne. Świadczyć o tym mają wyniki badań zespołu pod kierownictwem prof. Doroty Ilczuk. Według nich około 69 proc. artystów ma przychody (miesięczne) poniżej średniej krajowej, a 30 proc. osiąga przychody poniżej minimalnego wynagrodzenia. Szokujące, prawda?

No cóż, według badania rozkładu wynagrodzeń w Polsce w listopadzie 2025 r. (to najnowsze dostępne dane) przeciętna płaca nad Wisłą wynosiła niespełna 9070 zł brutto. Szósty decyl rozkładu wynagrodzeń wynosił wtedy 8346 zł, a siódmy 9416 zł. To oznacza, że 60 proc. osób pracujących nad Wisłą zarabiało nie więcej niż 8346 zł, a 70 proc. nie więcej niż 9416 zł.

Z tego wynika, że między 60 a 70 proc. Polaków uzyskiwało zarobki poniżej średniej krajowej. Przychody poniżej ówczesnej płacy minimalnej osiągało kilkanaście procent pracujących, ale np. w przemyśle odzieżowym aż połowa, a w budownictwie niewiele mniej.

W tym świetle artyści nie są w nadzwyczaj trudnej sytuacji dochodowej. Tym bardziej że zestawianie ich przychodów z przeciętnym wynagrodzeniem innych pracowników jest karkołomne. Duża część osób wykonujących zawody artystyczne korzysta z 50 proc. kosztów uzyskania przychodu. To oznacza, że ich dochód – od którego muszą zapłacić część składek oraz podatki – jest dużo niższy niż dochód pracowników o takim samym przychodzie, ale nie korzystających z tego przywileju. Choć może to wyglądać na niuans, ma spore znaczenie dla oceny, czy proponowane przez MKiDN rozwiązanie jest sprawiedliwe.

Potrzebne są systemowe rozwiązania. Pomysły leżą na stole

Dopłaty do składek na ubezpieczenia społeczne mają przysługiwać artystom, których średnioroczny przychód w poprzednich trzech latach nie przekroczył 125 proc. płacy minimalnej. Przy dzisiejszym poziomie płacy minimalnej oznacza to około 6007 zł brutto miesięcznie.

Etatowy pracownik, który uzyskuje takie wynagrodzenie, musi nie tylko zapłacić składki emerytalne (liczone od przychodu), ale też podatek dochodowy (około 3500 zł) i składki liczone od dochodu (np. zdrowotną). Na rękę zostaje mu około 4400 zł miesięcznie. Artyście, który uzyskuje takie przychody, zostaje sporo – nawet o 1200 zł – więcej.

Trudno zrozumieć, dlaczego państwo miałoby opłacić za niego składki, nawet jeśli tylko częściowo. Nieregularność dochodów jest co najwyżej uzasadnieniem dla czegoś na wzór wakacji składkowych, które rząd Donalda Tuska wprowadził jesienią 2024 r. dla części przedsiębiorców.

Swoją drogą, to ostatnie rozwiązanie sugeruje, że obecna koalicja zdaje sobie sprawę z tego, że nie tylko w zawodach artystycznych charakter i warunki pracy często nie przystają do obowiązku comiesięcznego opłacania składek na ubezpieczenia społeczne. Powinna więc ten problem rozwiązać systemowo.

Jedną z koncepcji jest zrównanie obciążeń składkowych wszystkich form pracy – włącznie z samozatrudnieniem – aby nie tworzyć możliwości "arbitrażu". Krokiem w tym kierunku byłoby pełne oskładkowanie umów cywilnoprawnych, co planował rząd PiS.

Gabinet Donalda Tuska z tego planu zrezygnował, argumentując, że wykonawcy takich umów w większości posiadają inne tytuły do ubezpieczeń społecznych (złośliwi twierdzą, że w praktyce chodziło o to, żeby nie narażać państwowych instytucji kultury na wzrost kosztów). Jeszcze innym rozwiązaniem mógłby być "ujemny podatek dochodowy", który wszystkim pracownikom o niskich dochodach pokrywałby część składek na ubezpieczenia społeczne. Owszem, to też byłaby forma dopłaty, ale pozbawiona wady uznaniowości.

Grzegorz Siemionczyk, główny analityk money.pl

Wybrane dla Ciebie