Bon mieszkaniowy warto wdrożyć. Nie tylko kultura obniża dzietność [OPINIA]

Gdyby faktycznie wyłącznie zmiany kulturowe odpowiadały za pikujące wskaźniki dzietności bylibyśmy w domu. Znaleźlibyśmy św. Graala demografii i wiadomo byłoby na co postawić. Tak jednak nie jest. Warunki materialne, w tym dostęp do mieszkań, mają ogromne znaczenie – piszą w opinii dla money.pl Michał Kot i Bartosz Marczuk.

Od lewej: Bartosz Marczuk, Michał KotOd lewej: Bartosz Marczuk, Michał Kot
Źródło zdjęć: © East News, GETTY, sobieski.org.pl | Tomasz Jastrzebowski, Reporter
Bartosz Marczuk

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

  • Bartosz Marczuk, były wiceminister rodziny, uważa, że sama pomoc finansowa dla rodzin nie wystarczy, by zatrzymać kryzys demograficzny.
  • Razem z Michałem Kotem, ekspertem w dziedzinie badań społecznych, przekonują, że Polska potrzebuje nowego podejścia do polityki rodzinnej.
  • Proponują wprowadzenie bonu mieszkaniowego – nawet do 100 tys. zł za urodzenie trzeciego dziecka.
  • Z takim podejściem do problemu demografii nie zgadza się główny analityk money.pl Grzegorz Siemionczyk.
  • W jednym z ostatnich tekstów wskazywał, dlaczego bon mieszkaniowy, nawet bardzo hojny, nie podbiłby szorującej po dnie dzietności.
  • Marczuk i Kot w poniższej opinii dla money.pl odpowiadają na ten artykuł.

Wywołani do tablicy w sprawie bonu mieszkaniowego m.in. tekstem Grzegorza Siemionczyka "Prawica znów chce płacić za dzieci. Niczego się nie nauczyli" oraz innymi publikacjami odpowiadamy: tak, warto go wdrożyć bo podniesie dzietność, likwidując istotną barierę decyzji o potomstwie. 

I dodajmy od razu: nie jest prawdą, że tylko zmiany kulturowe odpowiadają za malejącą liczbę urodzeń. A proponowany przez nas bon maksymalnie ogranicza mechanizmy windujące ceny nieruchomości, jakie zawierały poprzednie programy.


DLA CIEBIE
Przetestował setki zawodów. Który wybrałby na start? - Wojciech Kaczmarczyk II Pierwsza praca #4 

Ile dzieci? Pieniądze grają rolę

Jedna z głównych linii krytyki bonu brzmi: nie ma sensu go wdrażać, bo za pikujące wskaźniki dzietności odpowiada wyłącznie kultura, ewentualnie problemy ze znalezieniem partnera, a kwestie ekonomiczne nie mają wpływu na liczbę urodzeń. O ile zgadzamy się, że kwestie zmian kulturowych są ważne, to w naszej książce "Jak uniknąć demograficznej katastrofy" (Prześwity 2025) zauważamy, że przyczyny spadku dzietności są bardziej kompleksowe. Składają się na nie co najmniej trzy obszary, a nie jeden.

Pierwszym faktycznie jest kultura – indywidualizm, dystrybucja prestiżu bardziej przez rynek pracy i pieniądze niż rodzinę, konsumpcjonizm, ucieczka od wartości wspólnotowych czy negatywny wizerunek rodzin i rodzicielstwa malowany przez media.

Drugim, ogromnie istotnym, jest kwestia relacji. Niemożność znalezienia partnera, trudności w nawiązaniu związku emocjonalnego są główną przyczyną zastraszająco wysokiej, 30-procentowej bezdzietności kobiet i potężnego kryzysu samotności (dotyka głównie młodych mężczyzn). To jedna z fundamentalnych obecnie przyczyn niskiej dzietności. Wyliczamy w książce, że gdyby bezdzietność wynosiła bliżej "naturalnego" poziomu 15–20 proc., to mielibyśmy nie 240 tys. urodzeń rocznie, ale ponad 300 tys.

Trzecim, nie mniej ważnym obszarem jest właśnie kwestia warunków wychowania potomstwa. I tu ważne są: wsparcie finansowe rodzin, usługi dla nich (np. przedszkola, ochrona zdrowia czy szkoła), rynek pracy (z elastycznością i bezpieczeństwem) oraz – właśnie – mieszkania.

Nie jest prawdą, że liczy się wyłącznie pierwszy, ewentualnie drugi obszar. Stanowią one razem zintegrowany system. Dlatego trzeba dbać o dobre funkcjonowanie wszystkich i usuwanie znajdujących się w nich "wąskich gardeł".

Efekt 500+

Najlepszym na to dowodem jest wdrożony w Polsce program 500+. Wbrew obiegowym opiniom i publicystycznym uproszczeniom podniósł on dzietność, przynosząc nam co najmniej 100 tys. dodatkowych urodzeń w pierwszych latach funkcjonowania.  Niektóre szacunki sięgają większych liczb. Jest na ten temat wiele publikacji.

Gdyby nie pandemia, wojna, kryzys inflacyjny i energetyczny, które na długie 5-6 lat zrujnowały poczucie bezpieczeństwa Polaków, te liczby byłyby na pewno wyższe. Nikt też odpowiedzialnie nie powie, że z naszą dzietnością nie byłoby bez tego programu jeszcze gorzej.

A zatem – powtórzmy – nie jest tak, że warunki materialne, bezpieczeństwo finansowe, jakość usług dla rodzin czy dostępność mieszkań nie mają znaczenia. W naszej książce przywołujemy na dowód tego ogromną liczbę międzynarodowych i krajowych badań.

Mieszkania mają znaczenie

Niska dostępność cenowa mieszkań jest obecnie bardzo ważną barierą dzietności, zwłaszcza w Polsce. Świadczy o tym zarówno wiele międzynarodowych badań statystyczno-ekonometrycznych nt. wpływu dostępności nieruchomości na dzietność, jak i badań ankietowych, gdzie respondenci wskazują ten czynnik jako jeden z podstawowych powodów, dla których mają mniej dzieci niż chcieliby mieć.

Formułując tezę o braku zasadności bonu mieszkaniowego, jego krytycy popełniają dość częsty błąd.Grzegorz Siemionczyk jako argument przywołuje badania, z których wynika, że wśród osób w wieku rozrodczym ok. 10 proc., czyli zdaniem autora niewiele, wskazuje mieszkanie jako barierę przed decyzją prokreacyjną. Jednak gdyby w ciągu najbliższych 2-3 lat dodatkowych 10 proc. kobiet w tym wieku urodziło po jednym dziecku, oznaczałoby to ponad 600 tys. dodatkowych urodzeń.

Nie ma specjalnie sensu o bariery prokreacyjne pytać całą populację. Zdecydowanie lepiej brać pod uwagę odpowiedzi osób, które deklarują, że chciałyby w najbliższych latach zostać rodzicami (po raz pierwszy lub kolejny).

Tego typu badania w ostatnich latach w Polsce realizowane były wielokrotnie i wszystkie wskazują, że kwestie mieszkaniowe są bardzo ważną barierą dla osób, które nie tylko teoretycznie, ale realnie planują rodzicielstwo tu i teraz. Przykładowo: w badaniu realizowanym przez Instytut Pokolenia (2023) kwestie mieszkaniowe są główną barierą dla osób w trwałych związkach i mających dziecko, ale chcących powiększyć rodzinę.

Z kolei Fundacja Habitat for Humanity wskazuje, że dla około 1/3 Polaków ich sytuacja mieszkaniowa jest przeszkodą, by mieć dzieci, a Raport Pracodawców RP wskazuje wprost: "brak wystarczającego dostępu do mieszkań jest jednym z powodów wyjaśniających niską dzietność."

Nie trzeba zresztą skomplikowanych badań, a wystarczy spojrzeć na tzw. wskaźnik gniazdownictwa (osoby w wieku 25-34 lat mieszkające z rodzicami, nieposiadające współmałżonka i niebędące same rodzicem) w Polsce. Według GUS w 2022 r. co trzecia (sic!) osoba w wieku 25-34 lat ("najlepszy materiał na rodziców") była gniazdownikiem, tj. mieszkała z rodzicami i nie założyła własnej rodziny. Takich osób jest w Polsce 1,7 mln. Jeśli spoglądamy na to zjawisko w kontekście międzynarodowym, to widać, że Polska jest niestety w czołówce. Jesteśmy na 4. miejscu w UE. Według metodologii unijnego biura statystycznego (nieco innego niż GUS) ponad połowa młodych Polaków mieszka z rodzicami.

Nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć, że im wyższa jest ich liczba, tym mniejsze szanse na nowe rodziny i dzieci. Jeśli ludzie, nawet po 30-tce, wciąż mieszkają pod jednym dachem z rodzicami, trudno spodziewać się, by zakładali i rozwijali własne gospodarstwa.

Co gorsza wiele młodych, nawet mających mieszkanie, nie ma odpowiednich warunków do powiększenia rodziny. Dane Eurostatu mówią o blisko 41 proc. osób w wieku 0-19 lat żyjących w przeludnionych lokalach. A zatem 4 na 10 dzieci i młodych w Polsce żyje w ciasnocie.

Wiele pozostawia też do życzenia jakość naszej substancji mieszkaniowej. Jak wskazują Pracodawcy RP, "degradacja istniejącego zasobu mieszkaniowego jest efektem ich obecnego stanu i wieku, np. 2,45 mln mieszkań w Polsce powstało przed 1945 r., z czego ponad milion przed rokiem 1918". A bon mógłby być wykorzystany na ich remont.

Czy będzie więcej dzieci

Bon jest odpowiedzią na istotny problem społeczny i może pozytywnie wpłynąć na liczbę zawieranych małżeństw i rodzących się dzieci. Jesteśmy o tym przekonani. Nie tylko my. Na przykład Ariel Drabiński, analityk z "Układu Sił" (magazynu o geopolityce i bezpieczeństwie – red.), oceniając naszą propozycję, szacuje w tekście w portalu zero.pl, że wskaźnik dzietności mógłby wzrosnąć o ok. 0,2-0,4. To oznaczałoby jego podniesienie do ok. 1,4 – poziomu widzianego ostatnio w 2017 r., po wdrożeniu 500+.

Z kolei prof. Michał Brzeziński z UW, nawet krytykując nasz pomysł na X, sam przyznaje: "Ile urodzeń bon by wywołał? Oszacowania z literatury dają 6-8 proc.", nie wykluczając też "nawet 20 proc. wzrostu urodzeń". Jest to oszałamiająca liczba ok. 30-50 tys. ekstra urodzeń rocznie za – przypomnijmy – wyłącznie lepsze wydanie tych pieniędzy, które już przeznaczamy na politykę rodzinną. Doprawdy jest się o co bić.

Czy wzrosną ceny nieruchomości

Spora część krytycznych uwag dotyczy ewentualnego wzrostu cen. Planując go, braliśmy pod uwagę to zagrożenie. Dlatego proponujemy, by pieniądze z bonu mogły być wykorzystane na szeroko rozumiany cel mieszkaniowy. A nie tylko na nowe mieszkanie u dewelopera. Miałby on przysługiwać w wysokości:

– 5-krotności średniego wynagrodzenia (obecnie ok. 45 tys. zł) – przy urodzeniu pierwszego dziecka lub zawarciu związku małżeńskiego (w zależności od tego, co następuje wcześniej), w procesie formowania się rodziny.

– 8-krotności średniej pensji (ok. 70 tys. PLN), przy urodzeniu drugiego dziecka,

– 12-krotności (ok. 100 tys. PLN) – przy urodzeniu trzeciego dziecka i każdego kolejnego.

Choć nie można też wykluczyć, że mógłby wynosić ok. 100 tys. zł za każde urodzone dziecko.

Wydatek na ten cel (oscylujący wokół 20 mld zł) można sfinansować, przywracając programowi 800+ jego pierwotną formułę, tj. z kryterium dochodowym na pierwsze dziecko (od drugiego świadczenie powszechne). Chodzi zatem nie o dodatkowy wydatek, ale o lepsze wydanie tego, co już transferujemy do rodzin. Powiązanie bonu z urodzeniem dziecka usunęłoby największą wadę dotychczasowych programów – ich spekulacyjny charakter.

Pieniądze te można by wykorzystać nie tylko na nowe mieszkanie, co pompuje popyt, ale także, na rynku wtórnym np. jako wkład własny czy bezpośredni wydatek przy zakupie mieszkania. Bon mógłby też finansować szeroko rozumiane wydatki na cel mieszkaniowy (np. adaptacja pokoju, strychu itp.) czy spłatę zaciągniętego wcześniej kredytu. 

Trudno porównywać go do kredytu 2 proc., gdzie w naturalny sposób z tego rozwiązania korzystały osoby majętniejsze i z większych aglomeracji (zdolność kredytowa).

Tutaj pieniądze rozkładałyby się równomiernie po całym kraju (ponad 40 proc. dzieci w Polsce rodzi się na wsi, a ok. 75 proc. – poza 16 miastami wojewódzkimi), nie szłyby wyłącznie na zakup nowych nieruchomości, można by z nich finansować tzw. budowy systemem gospodarczym, remonty, adaptacje czy uwolnić się od pętli zaciągniętego kredytu. Co więcej pieniądze z bonu byłyby do wykorzystania przez 2–3 lata, zatem nie pojawiłyby się na rynku jednorazowo.

Bon byłby pomocny zwłaszcza młodym, chcącym zostać rodzicami czy mającym już lokum i chcącym mieć kolejne dzieci, ale "zablokowanych" przez brak pieniędzy/zdolności kredytowej do poprawy warunków mieszkaniowych. Bon nie "wpędza" ich też w kredyt (można wyobrazić sobie sytuację, że jest zachętą do zamiany mieszkania na większe z dopłatą przy posiadanych już jakichś własnych środkach).

Co niezwykle istotne, może on też wpływać na decyzje o pozostaniu w mniejszych miejscowościach (łatwiejszy zakup tańszych nieruchomości), a dzięki temu może przyczynić się do zapobiegania negatywnemu zjawisku depopulacji tzw. prowincji. Może ponadto przyczyniać się do mniejszej emigracji oraz zachęcać Polonię do powrotów z emigracji.

Jak zwiększyć podaż

Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że kluczowa dla poprawy sytuacji mieszkaniowej jest podaż mieszkań. Dlatego w książce proponujemy także inne rozwiązania:

prywatne agencje najmu i ulgę podatkową dla wynajmujących.

Obecnie wielu Polaków dysponuje ekstra lokalami, ale nie wszystkie trafiają na wynajem. Może to być efekt obawy przed zbytnią ochroną lokatora czy niechęci związanej z kosztami administracyjnymi najmu, czasochłonnym poszukiwaniem najemcy czy niepewnością związaną z płatnościami itp. Z drugiej strony koszt najmu – ze względu na niską podaż mieszkań – jest bardzo wysoki. Brakuje też rynku lokali na wynajem z długoterminowym okresem wynajmu.

Dlatego proponujemy udrożnienie tego rynku i zachęty do inwestorów, by oddawali lokale na rynek. Podobne rozwiązania obowiązują we Francji.

W tym celu proponujemy powołanie działających rynkowo agencji pośredniczących w tej operacji (mogłoby ich powstać 16, po jednej w województwie). To one byłyby odpowiedzialne za płatności na rzecz wynajmujących (niższe ryzyko nieotrzymania czynszu), ale w zamian za to posiadacz mieszkania zgadzałby się je wynająć w cenie ok. 20-30 proc. niższej od rynkowej (wynagrodzenie agencji pochodziłoby z marży od tej różnicy).

Dodatkową zachętą dla właściciela nieruchomości, by skorzystać z oferty agencji, byłoby zwolnienie go z podatku od najmu (8,5 proc. do 100 tys. zł, 12,5 proc. powyżej tej kwoty). Taki właściciel zyskiwałby zatem od razu pewność płatności, długoterminowy najem, obsługę administracyjną oraz zwolnienie podatkowe. Z drugiej strony rodzina zyskiwałaby nieco tańsze lokum na długi czas, bez niespodziewanych "wizyt" właściciela, kontrolującego sposób jego użytkowania.

Uważamy, że w pierwszej kolejności z oferty najmu agencji powinny mieć prawo korzystać młode rodziny, zwłaszcza z dziećmi.

Takie rozwiązanie może przyczynić się do wzrostu podaży dostępnych cenowo mieszkań na wynajem w Polsce i pomóc młodym ludziom w znalezieniu lokum w przystępnej cenie.Przy powołaniu do życia agencji można rozważyć, czy opłacanie czynszu za lokum nie mogłoby także być finansowane z bonu.

Proponujemy wprowadzenie innych rozwiązań mających podnieść podaż mieszkań, tutaj przede wszystkim działki pod zabudowę.

Rząd, samorządowcy, eksperci powinni wspólnie podjąć wysiłek uwolnienia podaży mieszkań. Nie jesteśmy ekspertami od tych zagadnień i nie będziemy przesądzać jak tego dokonać.

Tym powinni się zająć eksperci – urbaniści, urzędnicy, samorządowcy. Jednak bez tego elementu – obejmującego m.in. uproszczenie procedur administracyjnych w procesie planowania i inwestowania, zdecydowanego zwiększenia podaży gruntów pod zabudowę, poprawy przepisów związanych z zagospodarowaniem przestrzennym, dokonania przeglądu nieruchomości w posiadaniu sektora publicznego – trudno wyobrazić sobie poprawę na rynku mieszkań.

Cieszymy się ogromnie, że sprawa polityki rodzinnej budzi zainteresowanie, nawet emocje. Debata na argumenty buduje dobre rozwiązania. W dobie tak dużych wyzwań demograficznych trzeba myśleć w sposób nieszablonowy i wychodzić "poza pudełko". Bon jest taką propozycją. Rozmawiajmy o nim, by znaleźć najlepszą jego formułę.

Michał Kot, Bartosz Marczuk, eksperci ds. polityki społecznej związani z Instytutem Sobieskiego

***

Opinia Bartosza Marczuka i Michała Kota, autorów wydanej w 2025 r. książki "Jak uniknąć demograficznej katastrofy", jest polemiką z moim tekstem, w którym krytycznie oceniłem bon mieszkaniowy, jeden z ich pomysłów na poprawę dzietności w Polsce. Marczuk i Kot nie odnieśli się jednak do mojego głównego zastrzeżenia. Jest nim to, że bon tak jak dzisiaj świadczenie 800+ trafiałby w dużej mierze do zamożnych rodzin, które żadnego wsparcia nie potrzebują i żadne finansowe świadczenia nie wpłyną na to, ile będą miały dzieci. Nie twierdzę natomiast, że brak własnego mieszkania powstrzymuje część młodych osób od decyzji prokreacyjnych. Ich bon mieszkaniowy mógłby oczywiście zachęcić do posiadania dzieci. Najprawdopodobniej jednak tylko przyspieszyłby urodzenia, nie zwiększając ich liczby w dłuższym terminie. A taki efekt nie uzasadnia transferowania dziesiątek miliardów złotych do osób, które nie napotkały bariery mieszkaniowej. Szczególnie, że Marczuk i Kot chcieliby wypłacać pomoc także parom, które wezmą ślub, nawet jeśli wcale dzieci nie planują

Grzegorz Siemionczyk, główny analityk money.pl

Wybrane dla Ciebie