Który Czarnek jest prawdziwy? Kandydat na premiera szybko zmienia zdanie [OPINIA]

W miniony weekend Przemysław Czarnek położył na stole bardzo kosztowne obietnice wyborcze. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że kandydat PiS na premiera sam jeszcze niedawno przestrzegał przed zapaścią finansów publicznych. Jak zamierza pogodzić te sprzeczne narracje?

Który Czarnek jest prawdziwy? Kandydat na premiera szybko zmienia zdanie [OPINIA]Który Czarnek jest prawdziwy? Kandydat na premiera szybko zmienia zdanie [OPINIA]
Źródło zdjęć: © East News, PAP | Filip Naumienko, REPORTER, Tomasz Wojtasik, ZipZapic.com
Tomasz Setta

Prawo i Sprawiedliwość odsłoniło pierwsze karty przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi. W trakcie niedzielnego spotkania w Kaliszu kandydat tej partii na premiera zaprezentował trzy z ponad 20 planowanych obietnic wyborczych, które mają składać się na tzw. plan Czarnka.

Polityk PiS zapowiedział, że - w razie wygranych wyborów - w ciągu pierwszych stu dni rządów podniesie drugi próg podatkowy z obecnych 120 do 180 tys. złotych (a w przypadku małżonków: do 360 tys. złotych), zwolni pracujących emerytów z podatku PIT i składek emerytalno-rentowych do poziomu 2,5 tys. złotych netto oraz wyprowadzi Polskę z unijnego systemu handlu emisjami ETS.

Scholz, Merkel, Macron. Krytykuje liderów UE. Mówi o skutkach ich polityki

Przemysław Czarnek nie przedstawił ani prawdopodobnej skali kosztów, ani źródeł finansowania pierwszych dwóch obietnic, choć wiemy, że oba rozwiązania będą stosunkowo drogie. Wiceminister finansów Jarosław Neneman kilkanaście dni temu oszacował, że podniesienie drugiego progu podatkowego z 120 do 140 tys. złotych (postulowane przez Polskę 2050) może kosztować budżet państwa ok. 12 mld złotych. To mniej więcej jedna dziesiąta naszych wydatków na zbrojenia i jedna piąta rocznego budżetu programu Rodzina 800 plus. Propozycje Czarnka będą w praktyce jeszcze bardziej kosztowne.

Przemysław Czarnek ogłasza "alarm budżetowy"

Formułowanie takich propozycji może budzić zdziwienie, zwłaszcza jeśli posłuchamy konferencji prasowej kandydata PiS na premiera sprzed miesiąca. Polityk ogłosił wtedy "alarm budżetowy" i przestrzegał wyborców przed "zapaścią finansów publicznych". Przypominał o rosnącym długu publicznym i bardzo wysokim deficycie budżetowym, który sięgnie w tym roku 270 mld złotych.

To są efekty działań ludzi niekompetentnych i nieprzygotowanych do rządzenia, którzy nie mają pojęcia o tym, jak zarządza się państwem. I to się przekłada na realne życie Polaków, brakuje już pieniędzy na wszystko - mówił w połowie maja Przemysław Czarnek. - Mamy szereg płaszczyzn życia polskiego społeczeństwa, które cierpią z powodu tego, że finanse publiczne pod rządami Tuska są, jakie są - dodawał.

Kandydat na premiera w podobnym tonie zabrał głos pod koniec marca, kiedy domagał się w tej sprawie wyjaśnień od szefa rządu. - Tylko w styczniu i lutym odnotowano deficyt o wielkości 48,5 mld złotych. Ten deficyt rośnie jeszcze szybciej w marcu - ostrzegał.

Nie można tego bagatelizować. W Grecji też to bagatelizowano i doszło do greckiej tragedii, która oznaczała 30-procentową redukcję wynagrodzeń (…) i redukcję emerytur. Na to w Polsce nie możemy sobie pozwolić. Premier Tusk musi wyjaśnić jedną rzecz: gdzie są pieniądze Polaków? - pytał Przemysław Czarnek.

Choć porównania do Grecji są mocno na wyrost, z diagnozą opozycji trudno się nie zgodzić: sytuacja finansów publicznych jest bardzo trudna, mówi o tym coraz głośniej wielu ekspertów z Polski i z zagranicy. Pytanie, czy rozwiązaniem tego problemu jest proponowanie nowych, gigantycznych wydatków budżetowych, bez wskazania stabilnych źródeł finansowania. Ekonomiści niemal zgodnie postulują zupełnie inny kierunek: państwo powinno szukać nowych dochodów i zrewidować dotychczasowe wydatki, co może prowadzić w niektórych obszarach do oszczędności.

To zresztą nie pierwszy raz, kiedy Przemysław Czarnek wykazał się brakiem konsekwencji. Kilka miesięcy temu - w trakcie prezentacji jego kandydatury - polityk PiS w bardzo mocnych słowach skrytykował odnawialne źródła energii, choć sam zamontował w swoim domu panele fotowoltaiczne. Po ujawnieniu tej informacji Czarnek zadeklarował później, że nie pozbędzie się instalacji, "dopóki nie będzie taniego prądu w Polsce".

Kto zaoszczędzi na podniesieniu progu?

W podatkowej propozycji Przemysława Czarnka jest jeszcze jeden znak zapytania. Piotr Juszczyk z InFaktu policzył, że na podniesieniu drugiego progu podatkowego do 180 tys. złotych najbardziej skorzystają osoby o najwyższych dochodach z umowy o pracę. Przy miesięcznych zarobkach od 18 tys. złotych brutto w górę zysk będzie wynosić aż 12 tys. złotych rocznie.

Dla porównania, przy pensji w wysokości 12,5 tys. brutto korzyść wyniesie już niespełna 1,3 tys. złotych, a ktoś, kto zarabia poniżej 10 tys. złotych brutto, zaoszczędzi na reformie Czarnka okrągłe zero. Powstaje uzasadniona wątpliwość, czy przy tak napiętej sytuacji budżetowej państwo powinno wydawać kilkanaście miliardów złotych na ulgę, z której w praktyce skorzystają głównie osoby otrzymujące stosunkowo wysokie wynagrodzenia.

Wszystko to sprawia, że obietnice kandydata na premiera nie brzmią wiarygodnie i odpowiedzialnie. W tych okolicznościach budżetowych pierwsza odsłona "planu Czarnka" może w najlepszym razie podzielić los podobnych postulatów z przeszłości, jak podniesienie kwoty wolnej od podatku, zapowiadane wielokrotnie przez obecnego ministra finansów Andrzeja Domańskiego z Koalicji Obywatelskiej.

Wybrane dla Ciebie