- Chiny są dziś pewniejsze swojej przewagi konkurencyjnej – Johanna Chua w wywiadzie dla money.pl wyjaśnia, dlaczego Pekin nie spieszy się ze zmianą modelu gospodarczego.
- Europa musi skuteczniej chronić strategiczne sektory – ekspertka wskazuje, jak Zachód może odpowiedzieć na rosnącą konkurencję Chin.
- Polska, dzięki dużej sektorowej dywersyfikacji gospodarki, jest w lepszej sytuacji niż inne państwa, ale nie jest całkowicie odporna na konkurencję Chin – ocenia nasza rozmówczyni.
Grzegorz Siemionczyk, money.pl: W lipcu, po raz pierwszy w historii, Polska importowała więcej towarów z Chin niż z Niemiec. Optymistyczna interpretacja tego zjawiska jest taka, że szybki wzrost chińskiego eksportu jest przejawem braku równowagi w tamtejszej gospodarce. Gdy tylko władzom uda się ją przywrócić, pobudzając popyt wewnętrzny, Chiny przestaną zalewać Europę – w tym Polskę – tanim eksportem. Pesymistyczna interpretacja jest taka, że to Polska ma problem z konkurencyjnością. Jaka jest prawda?

Johanna Chua, główna ekonomistka Citigroup ds. rynków wschodzących: Szybki wzrost chińskiego eksportu to częściowo efekt decyzji politycznych. Od czasu, gdy w 2021 r. pękła bańka na tamtejszym rynku nieruchomości, popyt wewnętrzny w Chinach jest bardzo słaby. W 2024 r. rząd w końcu zdał sobie sprawę z tego, że musi coś zrobić, aby pobudzić konsumpcję. W chińskiej polityce gospodarczej nastąpił wtedy duży zwrot. Wprowadzono m.in. nowe świadczenia społeczne oraz uruchomiono program wymiany starych produktów (przede wszystkim aut – red.) na nowe.
Ale wkrótce potem sytuacja się zmieniła. Nastąpił gwałtowny wzrost inwestycji w sztuczną inteligencję i odnawialne źródła energii, co wzmocniło chiński silnik eksportowy. Chiny znów mogą w większym stopniu polegać na popycie zagranicznym, co zmniejsza presję na szybkie przeorientowanie gospodarki w stronę konsumpcji krajowej. Dodatkowo, chińskim władzom udało się znaleźć instrumenty, które zwiększyły siłę negocjacyjną w sporach handlowych z USA. Szczególnie po szczycie w Busanie (w październiku 2025 r. – red.) Chiny nabrały większej pewności, że ich strategia wzrostu gospodarczego opartego na eksporcie będzie możliwa do utrzymania przez dłuższy czas i nie napotka silnego sprzeciwu z zewnątrz.
Czyli chińskie władze postawiły na wzrost napędzany eksportem, bo okoliczności im na to pozwalają? Gdyby na świecie narastały bariery handlowe, w szczególności zaś największe gospodarki zamykałyby się na chiński eksport, Pekin musiałby zmienić strategię?
Tak, zewnętrzna presja na zmianę strategii rozwoju osłabła, wbrew temu, czego można było oczekiwać po tym, jak Donald Trump wrócił do Białego Domu i zaostrzył wojnę handlową z Chinami.
Czy w Chinach widać jakieś oznaki niezadowolenia społeczeństwa z tego, że władze nie traktują priorytetowo wspierania konsumpcji, czyli jakości życia ludności?
Trudno to jednoznacznie ocenić. Wiadomo, że nastroje wśród konsumentów są słabe, a poziom bezrobocia wśród młodych osób jest wysoki, co na pewno jest źródłem ich frustracji. Z drugiej strony, większość tych młodych ludzi, którzy nie mogą znaleźć pracy, to jedynacy, którzy mogą liczyć na jakieś wsparcie rodziców. Do tego gospodarstwa domowe mają zwykle jakieś oszczędności, a inflacja jest bardzo niska. Chińskie władze mają też wiele narzędzi nadzoru i zarządzania nastrojami społecznymi.
Nie sądzę więc, aby w Chinach pojawiła się w najbliższym czasie silna presja społeczna na zmianę modelu rozwoju. Tym bardziej, że polityka USA pod rządami Trumpa nasiliła nastroje nacjonalistyczne w Chinach. Tamtejsze społeczeństwo mobilizuje się wokół globalnego wyścigu technologicznego. Ludzie czują, że pozycja geopolityczna Chin poprawiła się, co wzmacnia poparcie dla władz.
Jaką rolę w tym, że Chiny są w stanie produkować wiele towarów nieporównywalnie taniej niż Europa, odgrywa to, że kraje Zachodu praktycznie zerwały stosunki handlowe z Rosją po jej ataku na Ukrainę? Dzięki temu Chiny nie muszą konkurować z resztą świata o rosyjskie surowce, w tym energetyczne.
Zarówno konflikt w Ukrainie, jak i wojna na Bliskim Wschodzie, dają Chinom pewne korzyści, zarówno ekonomiczne, jak i geopolityczne. Przede wszystkim chodzi o to, że zaangażowanie USA i innych mocarstw w te konflikty odciąga nieco ich uwagę od rywalizacji z Chinami. Władze w Pekinie mają większą przestrzeń do działania w regionie Azji i Pacyfiku, który uważają za swoją strefę wpływów. Po drugie, stosunki bilateralne Chin z Rosją stały się bardziej asymetryczne – Pekin jest stroną zdecydowanie silniejszą.
Można uważać, że ceną za to było ochłodzenie na linii Chiny – Unia Europejska. Z drugiej strony, priorytety Chin się zmieniają. Kraj szybko przesuwa się w górę łańcucha wartości dodanej i jest dzisiaj bardziej pewny swojej przewagi konkurencyjnej.
Chińskie władze mogą powiedzieć Europejczykom: "Wy też nas potrzebujecie nie mniej niż my was. Potrzebujecie od nas kluczowych minerałów oraz części dla swojego przemysłu." W związku z tym Chiny nie widzą pilnej potrzeby zażegnania konfliktu w Ukrainie.
Sytuacja na Bliskim Wschodzie jest bardziej skomplikowana. Chiny zbudowały duże zapasy kluczowych surowców energetycznych, ale nadal są wrażliwe na zaburzenia dostaw ropy naftowej. Zakończenie tego konfliktu i odblokowanie Cieśniny Ormuz leży więc w ich interesie. Ale jednocześnie Chiny zdają się liczyć na to, że wojna w Zatoce Perskiej osłabi dotychczasowe sojusze państw tego regionu. Zamiast na USA, będą polegały bardziej na sobie samych, co dla nich byłoby korzystne.
Z badań EBOR-u wynika, że kraje Europy Środkowo-Wschodniej są bardziej zagrożone konkurencją z Chin niż kraje Europy Zachodniej. Wynika to z faktu, że nasz eksport ma zbliżoną strukturę do eksportu Chin i – co za tym idzie – Chiny nie potrzebują towarów, w których produkcji specjalizuje się nasz region. Jak Polska może się przed tą konkurencją bronić?
Moim zdaniem Europa Środkowo-Wschodnia może wciąż korzystać ze wzrostu produktywności wynikającego z integracji z głównymi gospodarkami europejskimi. W krajach Europy Zachodniej, gdzie produktywność rośnie wolno, sytuacja jest trudniejsza.
Nie jest przypadkiem, że np. niemieckie firmy motoryzacyjne likwidują fabryki nad Renem, a nie w Polsce, Czechach i innych krajach regionu. Oczywiście im dłużej będą utrzymywały się kłopoty zachodnioeuropejskich eksporterów, tym bardziej będą odczuwały to kraje, które są częścią tych samych łańcuchów dostaw. Polska, dzięki dużej sektorowej dywersyfikacji gospodarki, jest w lepszej sytuacji niż inne państwa, ale nie jest całkowicie odporna na konkurencję Chin.
Świat ewoluuje w kierunku, w którym coraz większą rolę odgrywa aktywna polityka przemysłowa. Niektóre instrumenty, z których korzystają Chiny, w Europie są nie do powtórzenia. Przykładowo, w Chinach nierentowne firmy mogą funkcjonować przez dłuższy czas, podczas gdy w krajach Zachodu zwykle upadają. Wydaje się jednak, że Europa musi się jakoś do tego świata dostosować i nieco bardziej niż dotąd chronić swój rynek – przynajmniej te jego części, które uznaje za strategicznie ważne. Obiecujące jest np. szersze wykorzystanie wymogów lokalnej zawartości, choćby w europejskim sektorze zbrojeniowym. Polska może być dużym beneficjentem takiej polityki.
Dla wielu gospodarek rozwijających się, w tym Polski, ale także Indii, odpowiedzią na silną konkurencję Chin w sektorze przemysłowym był rozwój sektora usług dla biznesu. Upowszechnianie się sztucznej inteligencji może jednak zamknąć tę drogę rozwoju. Takie obawy są uzasadnione?
Nie jest to jeszcze przesądzone. Część tego rodzaju usług jest wykonywana na rzecz międzynarodowych korporacji, które są związane rozmaitymi regulacjami dotyczącymi przetwarzania i bezpieczeństwa danych. Polska wciąż ma sporą przewagę konkurencyjną jako zaplecze usługowe dla Europy. W polskim sektorze usług dla biznesu nie widać oznak spowolnienia. Ich eksport wciąż szybko rośnie. Istnieje oczywiście ryzyko, że ten sektor będzie zgłaszał coraz mniejszy popyt na pracowników, szczególnie młodych, wykonujących proste prace. Z drugiej strony upowszechnianie się AI może mieć też pozytywne konsekwencje. Przykładowo, w USA ta technologia sprzyja przedsiębiorczości i powstawaniu nowych firm. Ostateczna odpowiedź na pytanie o wpływ sztucznej inteligencji na gospodarkę i rynek pracy, także w Polsce, nie jest jeszcze znana.
Tym, co łączy Polskę i niektóre rozwijające się gospodarki Azji, są trendy demograficzne: malejąca dzietność, starzenie się ludności i kurczenie się populacji. Czy w takich krajach jak Korea Płd. i Chiny, które lepiej niż my radzą sobie z automatyzacją produkcji towarów i usług, te trendy również uchodzą za niepokojące?
W Chinach sytuacja demograficzna nie jest tak wyraźną barierą rozwoju jak w Polsce. Populacja osób w wieku produkcyjnym się kurczy, ale Chiny wciąż nie są w stanie wykorzystać w pełni dostępnej podaży pracowników. Stąd właśnie wspomniany już problem wysokiego bezrobocia wśród młodych osób.
Starzenie się ludności wywiera jednak wpływ na chińską gospodarkę innymi kanałami. Jest jedną z przyczyn tego, że rynek nieruchomości nie może wrócić do równowagi. Wszyscy zadają sobie pytanie, kto będzie kupował mieszkania, gdy liczba nowych gospodarstw domowych będzie malała. A to obniża oczekiwaną stopę zwrotu z inwestycji w nieruchomości.
Jeśli chodzi o Koreę Południową, to tam również sytuacja demograficzna nie jest dziś istotnym hamulcem dla gospodarki. Dzięki specjalizacji w produkcji półprzewodników kraj korzysta z pozytywnego impulsu związanego z rozwojem sztucznej inteligencji. Koreańskie firmy z sektora półprzewodników osiągają wysokie zyski, które wspierają gospodarkę.
Od połowy roku na świecie trwa gwałtowna wyprzedaż obligacji skarbowych. W Polsce rentowność 10-letnich obligacji skarbowych (ten wskaźnik rośnie, gdy ceny spadają) jest najwyższa od niemal czterech lat, a w USA najwyższa od dwóch dekad. Z czasem przełoży się to na wyższe koszty obsługi zobowiązań rządów, pogarszając kondycję finansów publicznych najbardziej zadłużonych państw. To już dziś niepokoi część inwestorów, zwiększając presję na ceny obligacji. Co może przerwać to błędne koło?
Odpowiedź na to pytanie jest o tyle trudna, że narracja dotycząca przyczyn wzrostu rentowności obligacji nieustannie się zmienia. W połowie roku przecena obligacji skarbowych była przede wszystkim skutkiem zwiększonej konkurencji o kapitał. Był to efekt optymizmu inwestorów co do perspektyw wzrostu gospodarczego, ale też emisji długu przez firmy technologiczne oraz luźnej polityki fiskalnej w niektórych krajach. Ostatnio jednak na rynek obligacji skarbowych w największym stopniu wpływają sytuacja geopolityczna i ceny ropy naftowej. Z perspektywy rządów to jest gorszy scenariusz. Gdy rentowności obligacji rosną na fali oczekiwań szybszego wzrostu gospodarczego, wyższe koszty obsługi długu są łatwiejsze do udźwignięcia niż wtedy, gdy rentowności obligacji rosną wskutek szoku podażowego, który jednocześnie spowalnia gospodarkę.
Jak duży wpływ na notowania polskich obligacji skarbowych ma pogarszający się stan finansów publicznych kraju, który niedawno skłonił jedną z agencji ratingowych do obniżki oceny wiarygodności kredytowej rządu?
Żyjemy w świecie, w którym konkurencja o finansowanie rośnie. Kraje, które nie prowadzą ostrożnej polityki fiskalnej, muszą liczyć się z konsekwencjami w postaci wzrostu premii za ryzyko inwestowania w ich obligacje. Polska jest w dość komfortowej sytuacji, bo w przeciwieństwie do wielu innych gospodarek rozwijających się ma dostęp do funduszy unijnych, co obniża jej potrzeby pożyczkowe, a do tego utrzymuje się na ścieżce szybkiego wzrostu gospodarczego. Ale jeśli polityka fiskalna się nie zmieni, a globalne stopy procentowe będą nadal rosły, inwestorzy mogą nabrać większej awersji do polskiego długu.
Mówi pani o Polsce jako o rynku wschodzącym. Tymczasem niedawno S&P Dow Jones Indices, jeden z globalnych dostawców indeksów giełdowych, ogłosił, że przesunie Polskę do koszyka rynków rozwiniętych. Dwóch innych dostawców indeksów tak klasyfikuje Polskę już od kilku lat. Czy takie decyzje mają wpływ na to, jak Polska jest postrzegana przez zagranicznych inwestorów?
Te klasyfikacje odnoszą się do rynku akcji. Awans do grupy rynków rozwiniętych należy postrzegać jako potwierdzenie, że wasz rynek finansowy się rozwija i pogłębia, co może przyciągnąć nowych inwestorów.
Jeśli chodzi o obligacje skarbowe, Polska nadal pozostaje rynkiem wschodzącym. W tym przypadku jednak granice między rynkami rozwiniętymi i wschodzącymi coraz bardziej się zacierają. Niektóre z państw z pierwszego koszyka prowadzą dziś politykę kojarzoną wcześniej z krajami z drugiego koszyka i na odwrót. Przy tym Polska, jeśli chodzi o ład instytucjonalny oraz oceny wiarygodności kredytowej, należy do rynków wschodzących wyższej jakości.
Awans do grona rynków rozwiniętych wymagałby prawdopodobnie przyjęcia euro, co ograniczyłoby premię za ryzyko wkalkulowaną w rentowności obligacji. Ale na to się nie zanosi.