Uśpiony potencjał polskiej gospodarki. Kapitał i ludzie ugrzęźli w słabych firmach [ANALIZA]
Gdyby rynki pracy, kapitału, towarów i usług działały bez przeszkód, polska gospodarka byłaby dużo bardziej produktywna. Ograniczone zasoby kraju płynęłyby do firm, które potrafią je najlepiej wykorzystać, a PKB byłby nawet o 75 proc. większy niż dziś. Recepty na wykorzystanie tego potencjału są znane.
Coraz większa część czynników produkcji w Polsce, tzn. pracy i kapitału, jest zagospodarowana przez firmy o relatywnie niskiej produktywności. To hamuje rozwój bardziej produktywnych przedsiębiorstw i w rezultacie całej gospodarki. Te same zasoby głównych czynników produkcji, gdyby były lepiej rozdzielone, pozwalałyby na wytworzenie wartości dodanej większej o 70-75 proc. niż obecnie.
Do takich wniosków doszedł dr Michał Gradzewicz, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej i Narodowego Banku Polskiego, próbując zmierzyć skalę marnotrawstwa zasobów w polskiej gospodarce. Z istnienia tego problemu ekonomiści zdają sobie sprawę nie od dziś, ale nie dysponowali dotąd szacunkami, które pozwalałyby zrozumieć jego wagę. Szybki wzrost gospodarczy sugerował, że jest ona niewielka.
Błędy młodych inwestorów. "Zakochanie w spółce to prosta droga do strat"
"Efektywność alokacji pracy i kapitału (tzn. ich podziału pomiędzy przedsiębiorstwa – red.) w Polsce znacząco się pogorszyła na przestrzeni ostatnich 30 lat" – tłumaczy ekonomista w artykule, który ukazał się niedawno w serii "NBP Working Papers".
"Hipotetyczne zyski z tytułu osiągnięcia efektywnej alokacji czynników produkcji w latach 90. XX w. były relatywnie małe, nie przekraczały 40 proc. wartości dodanej. W kolejnych dwóch dekadach te hipotetyczne korzyści z usunięcia zaburzeń wzrosły do 50-60 proc. PKB, a w bieżącej dekadzie sięgnęły 70-75 proc." – wylicza Gradzewicz.
Ta zmiana według niego przynajmniej częściowo tłumaczy widoczne w Polsce hamowanie wzrostu produktywności czynników produkcji.
Rynki nad Wisłą działają coraz gorzej
Teoretycznie w sprawnie działającej gospodarce rynkowej czynniki produkcji, których zasoby są ograniczone, powinny zawsze trafiać do najbardziej produktywnych zastosowań. W realnym świecie, gdy część aktywności ekonomicznej jest wyłączona z logiki rynku, a konkurencja między przedsiębiorstwami nie jest doskonała, podział zasobów nigdy nie jest optymalny. Zaskakujące we wnioskach dra Gradzewicza nie jest więc to, że alokacja zasobów w Polsce jest zaburzona, ale to, że skala tego zaburzenia rośnie. Niewykluczone zresztą, że jest ono nawet większe niż sugeruje omawiany artykuł.
Badania naukowca z SGH dotyczą tylko podziału zasobów wewnątrz branż i tylko pomiędzy przedsiębiorstwami zatrudniającymi co najmniej 10 osób. Nie uwzględniają więc straty produktywności i wartości dodanej, która może się wiązać z "zamrożeniem" czynników produkcji w całych branżach lub sektorach, które są w dużym stopniu chronione przed konkurencją rynkową (np. górnictwo, rolnictwo), oraz w jeszcze mniejszych podmiotach.
Ekonomista nie diagnozuje szczegółowo przyczyn rosnącego marnotrawstwa zasobów w polskiej gospodarce. Pewne tropy znaleźć można jednak w opisywanych przez niego tendencjach.
I tak, w przetwórstwie przemysłowym efektywność alokacji czynników produkcji była dość stabilna w czasie (nie licząc wahań związanych z cyklem koniunkturalnym). Pogarszała się przede wszystkim w branżach usługowych, zwłaszcza w handlu detalicznym, transporcie i informacji. Był to przede wszystkim efekt zmieniającej się demografii przedsiębiorstw, tzn. tego, jakie firmy wchodziły na poszczególne rynki, a jakie z nich wypadały, a nie efekt przesunięć zasobów pomiędzy istniejącymi firmami.
W ostatnich dwóch dekadach jedynym okresem, gdy alokacja zasobów w Polsce nieco się poprawiła, były lata tuż po kryzysie finansowym z 2008 r.
To ostatnie zjawisko sugeruje, że kryzys – choć nie doprowadził w Polsce do recesji, tylko do spowolnienia wzrostu gospodarczego – miał efekt oczyszczający. Wyeliminował z rynku część słabych przedsiębiorstw, uwalniając zasoby dla tych bardziej dynamicznych. Ale w warunkach dobrej koniunktury relokacja zasobów między przedsiębiorstwami (w ramach jednej branży) napotyka przeszkody, które najwyraźniej narastają.
"Firmami, które rosną, nie są te, które powinny rosnąć, aby uzyskać optymalną wielkość. Te firmy raczej się kurczą albo rosną powoli, z kolei szybko rosną te, które powinny się kurczyć" – tłumaczy autor artykułu.
Państwo może pomóc, ale zwykle szkodzi
Co za tym zjawiskiem stoi? Jak tłumaczy money.pl dr Gradzewicz, może chodzić np. o zróżnicowanie stawek podatków oraz wymogów regulacyjnych w zależności od wielkości firmy, wieku lub struktury własnościowej (państwowa czy prywatna, krajowa czy zagraniczna), nierówne traktowanie firm przez organy administracji państwowej oraz wszelkie niedoskonałości rynków, takie jak ich nadmierna koncentracja.
Ciekawostką jest to, że w świetle badań ekonomisty z SGH i NBP, w Polsce istnieje teoretycznie przestrzeń do interwencji państwa, która poprawiłaby efektywność alokacji czynników produkcji, np. w drodze subsydiów. Ale w praktyce polityka wspierania firm działa w sposób odwrotny do zamierzeń.
Przedsiębiorstwa, które są jej beneficjentami, rozwijają się szybciej niż inne (w ramach tej samej branży), mimo że skala ich działalności jest bliższa optymalnej. Tymczasem wsparcie powinno trafiać do produktywnych firm, które z jakiegoś powodu nie mogą uzyskać optymalnej wielkości.
Głęboka luka produktywności
Dobrze rozpoznanym przez ekonomistów problemem, który pogarsza alokację zasobów w Polsce, jest nadmierne rozdrobnienie sektora przedsiębiorstw, wynikające w dużej mierze z preferencji dla małych firm w polskim systemie podatkowym i regulacyjnym, ale też z rozwoju sektora usług relatywnie do przemysłu. Ten problem dobrze ilustruje rozpowszechnienie nad Wisłą mikrofirm (czyli podmiotów liczących mniej niż 10 pracowników), choć – jak podkreślaliśmy – analiza dra Gradzewicza ich akurat nie obejmuje.
Dane Eurostatu wskazują, że w 2023 r. wartość dodana na pracownika wytwarzana w polskiej mikrofirmie wynosiła 20 tys. euro, o 67 proc. mniej niż w największych przedsiębiorstwach (zatrudniających co najmniej 500 osób). Ta luka produktywności z czasem się pogłębia, choć już teraz jest bardzo duża. W kilkunastu krajach UE, dla których istnieją takie dane, w 2023 r. wynosiła średnio 48 proc. W rezultacie o ile duża polska firma charakteryzowała się prawie taką samą produktywnością jak podobne przedsiębiorstwa w innych krajach UE, to polska mikrofirma była o 53 proc. mniej wydajna niż średnio w UE.
Jednocześnie w polskiej gospodarce mikrofirmy odgrywają wyjątkowo dużą rolę: odpowiadają za 36,5 proc. zatrudnienia całego sektora przedsiębiorstw. W UE ich udział wynosi średnio 30,5 proc., a wyższy niż w Polsce jest tylko w siedmiu krajach (w Słowacji, Grecji, Estonii, Portugalii, Włoszech oraz na Cyprze i na Węgrzech).
Receptę znamy, ale nie potrafimy jej zrealizować
Na inne bariery utrudniające realokację zasobów wskazują raporty międzynarodowych instytucji, takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Ta ostatnia w cyklicznym przeglądzie polskiej gospodarki z 2025 r. zwracała uwagę m.in. na nadmierną regulację w niektórych branżach usługowych.
"W branżach regulowanych pracuje około 20 proc. ogółu zatrudnionych w Polsce. Podwyższa to ceny tych usług, co wpływa nie tylko na konsumentów, ale też na firmy produkcyjne, które z tych usług korzystają" – tłumaczyli ekonomiści paryskiej organizacji.
Kolejnym czynnikiem, który zaburza efektywną alokację zasobów w Polsce, jest niedostatecznie rozwinięty rynek kapitałowy. Analitycy z MFW w raportach wiążą to m.in. z preferencyjnym traktowaniem inwestycji w nieruchomości relatywnie do inwestycji w bardziej produktywne aktywa. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest zaś niska dostępność kapitału dla przedsiębiorstw innowacyjnych, o potencjalnie bardzo wysokiej produktywności, relatywnie do przedsiębiorstw konserwatywnych.
Niska mobilność pracowników
Na jeszcze inną barierę w obiegu czynników produkcji, w tym przypadku pracy, wskazywaliśmy w niedawnej analizie w money.pl. Chodzi o niską mobilność pracowników, spowodowaną m.in. słabo rozwiniętym systemem edukacji dla dorosłych, który umożliwiałby im nabywanie nowych umiejętności.
Cytowaliśmy wówczas artykuł naukowy Benjamina Schoefera, ekonomisty z Uniwersytetu Kalifornijskiego, wedle którego Europejczycy zmieniają pracę znacznie rzadziej niż Amerykanie, a Polacy wyróżniają się pod tym względem negatywnie nawet na tle tych pierwszych.
"Ostatnie badania wskazują, że taka niemobilność pracowników hamuje wzrost ich płac oraz produktywności. Niski dynamizm rynku pracy jest również jednym ze źródeł tego, że Europa nie dotrzymuje USA kroku w dziedzinie technologii, badań naukowych oraz przełomowych innowacji, czyli tam, gdzie następuje tzw. kreatywna destrukcja, która wymaga płynnej realokacji zasobów" – pisał Schoefer.
Bariery rozwojowe zaczną działać ze zdwojoną siłą
W tamtym artykule podkreślaliśmy, że choć dotąd negatywnych skutków sztywności rynku pracy nad Wisłą nie widać, może się to zmieniać wraz z malejącą dostępnością pracowników. To samo można powiedzieć o innych czynnikach, które pogarszają efektywność alokacji zasobów w Polsce. Ich ciężar będzie rósł wraz z wyczerpywaniem się dotychczasowych motorów rozwoju gospodarki.
Wobec kurczącej się populacji Polski, rozwój gospodarczy nie będzie już mógł opierać się na wzroście liczby pracujących. Jednocześnie sytuacja demograficzna, przez wpływ na dostępność pracy i jej koszty, będzie ograniczała napływ inwestycji zagranicznych i akumulację kapitału.
W tych warunkach głównym motorem rozwoju pozostanie wzrost produktywności istniejącego zasobu czynników produkcji (czyli tego, ile wartości dodanej można wytworzyć z określonej ilości tych czynników). To zaś zwiększa znaczenie tego, jak ten zasób jest rozdzielony między przedsiębiorstwa.
– Rozdrobniona struktura polskiej gospodarki była błogosławieństwem w czasie nadrabiania zaległości rozwojowych oraz w okresach zewnętrznych szoków asymetrycznych (tzn. takich, które uderzały w niektóre sektory gospodarki – red.). Zapewniała nam elastyczność i zwiększała naszą odporność. Zupełnie nie sprawdza się jednak w dzisiejszej sytuacji, gdy potrzebne są kapitałochłonne inwestycje technologiczne oraz wyższa skłonność do ryzyka przy finansowaniu start-upów – mówi money.pl Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.
Jak dodaje, słabo rozwinięty rynek kapitałowy nie był dotąd dużym obciążeniem, bo mogliśmy liczyć na dopływ funduszy z Unii Europejskiej. Ten strumień kapitału będzie jednak wysychał, zwiększając znaczenie dostępności innych źródeł finansowania.
To, że przyczyny nieefektywnej alokacji zasobów są dość dobrze zdiagnozowane, sprawia, że szacunki dra Gradzewicza można odczytywać jako miarę ukrytego potencjału polskiej gospodarki. Gdyby bariery dla przepływu kapitału i pracy między firmami udało się usunąć lub przynajmniej osłabić, możliwy byłby skok polskiego PKB nawet przy niezmienionym zasobie tych czynników produkcji.
Grzegorz Siemionczyk, główny analityk money.pl