Donald Trump wywrócił stolik. Nie ma powrotu do starego porządku [OPINIA]
Donald Trump nie jest źródłem problemów Ameryki. Jest ich najbardziej jaskrawym symptomem i katalizatorem. To jednak oznacza, że część z zapoczątkowanych przez niego zmian w amerykańskiej polityce, w tym zagranicznej i handlowej, zostanie utrzymana też przez kolejnych prezydentów - pisze w opinii dla money.pl prof. Łukasz Goczek z WNE UW.
Opinia prof. Łukasza Goczka, wykładowcy na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, powstała w ramach projektu #RingEkonomiczny money.pl. To format dyskusji na ważne, ale kontrowersyjne tematy społeczne i ekonomiczne. W 22. edycji Ringu debatujemy o tym, jak polityka Donalda Trumpa zmienia pozycję USA w globalnej gospodarce. Równolegle publikujemy opinię dra Piotra Araka, głównego ekonomisty VeloBanku, oraz omówienie wyników sondy wśród 50 ekonomistów dotyczącej statusu USA jako supermocarstwa.
Pierwszy wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych został przyjęty ze sporym zaskoczeniem nawet przez samego zainteresowanego, który wtedy spodziewał się raczej monetyzować przegraną w wyborach, budując swoją markę medialną na opozycji wobec politycznego mainstreamu. Nic wtedy nie wskazywało na tektoniczną zmianę w amerykańskim systemie politycznym.
Zarówno komentatorzy polityczni, jak i politycy na całym świecie, zwłaszcza w europejskich stolicach, traktowali prezydenturę Donalda Trumpa jako chwilową aberrację. Zdawali się zakładać, że to tylko krótkotrwały błąd w sprawnie działającym mechanizmie amerykańskiej demokracji.
Dziś widać wyraźnie, że była to diagnoza błędna.
Polak buduje światowego giganta. Ma zaledwie 31 lat
Trump źródłem problemów Ameryki
Prezydentura Joe Bidena w znacznej mierze kontynuowała protekcjonistyczny i asertywny zwrot zapoczątkowany przez poprzednika, a powrót Trumpa do władzy pod koniec 2024 r. przy znaczącym zwiększeniu elektoratu – pomimo licznych procesów i wcześniejszej utraty stanowiska – dowodzi, że zmiana ma charakter trwały.
Donald Trump nie jest bowiem źródłem problemów Ameryki. Jest ich najbardziej jaskrawym symptomem i katalizatorem procesów gnilnych, które od dekad zachodziły pod fasadą globalnego supermocarstwa.
Zwolennicy Trumpa tworzą nieoczywistą koalicję
Trump jest produktem tego samego systemu, który rzekomo obala. Urodził się w rodzinie bogatego dewelopera z Nowego Jorku, skończył Wharton School, zbił majątek na rynku nieruchomości, posiłkując się spekulacją, długiem i koneksjami politycznymi. Przez dekady był ulubieńcem tabloidów i telewizji rozrywkowej, gościł u Oprah, Lettermana, w serialach, wystąpił w hicie wyświetlanym w każdą Wigilię Bożego Narodzenia w Polsce. Jego twarz nie schodziła z pierwszych stron mediów, które dziś nazywa wrogami narodu.
Każdy artykuł w "The Washington Post" czy "The New York Times" drwiący z jego nieposzanowania gramatyki czy ignorancji geograficznej jest dla jego bazy wyborczej dowodem, że elity medialne nim pogardzają. A skoro tak, to pogardzają i tymi, którzy go popierają. To mechanizm opisany przez Thomasa Franka w "What's the Matter with Kansas?".
Trump porusza się w polityce sprawniej niż większość zawodowych polityków z jego otoczenia. Łączy dwie grupy, które mają wspólnego wroga (liberalne elity kulturowe i ekonomiczne), ale różnią się pod względem przyczyn niezadowolenia. Pierwsza grupa jest relatywnie zamożna, ale czuje się kulturowo wyparta – to białe suburbia, mali przedsiębiorcy, ewangelicy.
Druga grupa jest realnie poszkodowana ekonomicznie – to mieszkańcy tzw. pasa rdzy (ang. Rust Belt), pracownicy bez college'u. To społeczności, które deindustrializacja i chiński szok dosłownie zabijają, jak pokazują w "Deaths of Despair" Anna Case i Angus Deaton.
Spójność tej egzotycznej na pozór koalicji nie bierze się z jednolitego programu, lecz z tożsamości negatywnej – z tego, przeciwko komu są, a nie z tego, za czym się opowiadają. Nikita Savin i Daniel Treisman w badaniu opublikowanym przez NBER dokumentują systematyczne nasilanie się gwałtownego i wykluczającego słownictwa w przemówieniach Trumpa. Dobór słów plasuje go obecnie wśród najbardziej ekstremalnych spośród wszystkich badanych polityków. Retoryka ta przyjmuje formę ekskluzywnego populizmu skupionego na stygmatyzowaniu obcych grup.
Tak budowane sojusze są politycznie bardzo trwałe, bo nie wymagają wewnętrznej spójności ideowej. A skoro tak, to przyszła administracja USA, nawet demokratyczna, prawdopodobnie zachowa część głównych motywów polityki Trumpa: przenoszenie ciężarów z USA na sojuszników, krytykę globalizacji, węższą definicję interesów narodowych. To wszystko ma konkretne przełożenie na rewolucyjną zmianę w amerykańskiej polityce międzynarodowej.
Rewolucja w amerykańskiej polityce zagranicznej
Przez siedem dekad po zakończeniu II wojny światowej rola Stanów Zjednoczonych jako globalnego hegemona nie opierała się wyłącznie na sile militarnej czy dominacji dolara. Fundamentem Pax Americana była unikalna zdolność Waszyngtonu do tworzenia i utrzymywania globalnych dóbr publicznych: sojuszy obronnych, otwartych szlaków handlowych oraz instytucji międzynarodowych, które – choć faworyzowały Zachód – zapewniały stabilność całemu systemowi.
Administracja Donalda Trumpa dokonała fundamentalnego przesunięcia paradygmatu, zastępując oświecony interes własny surowym transakcjonizmem. Osłabienie zaufania do dolara jako neutralnego narzędzia wymiany handlowej, wynikające z nadużywania jednostronnych sankcji, przyspiesza procesy dedolaryzacji, co uderza w sam rdzeń amerykańskiej potęgi finansowej. Część tych transakcji rodzi uzasadnione pytania o konflikt interesów między polityką zagraniczną a prywatnymi interesami Trumpa i jego otoczenia. Skutkiem nie jest "odrodzenie Ameryki", lecz systemowa erozja jej wpływów, która może okazać się nieodwracalna.
Normy są teraz martwe
Trump osłabił przede wszystkim amerykańskie instytucje demokratyczne. Kluczowa obserwacja Stevena Levitsky'ego i Daniela Ziblatta z "How Democracies Die" – książki napisanej zanim nastąpiła większość negatywnych zmian – brzmiała: amerykańska demokracja opiera się nie tyle na konstytucji, ile na normach niepisanych, które konstytucja zakładała, ale nie kodyfikowała.
Dwie najważniejsze z nich to wzajemna tolerancja (uznanie oponenta za pełnoprawnego gracza politycznego) i instytucjonalna powściągliwość (nienadużywanie dostępnych instrumentów władzy, bo "tak się nie robi"). Obie normy są teraz martwe, a obie strony sporu politycznego w Stanach Zjednoczonych uważają się nawzajem za śmiertelnych wrogów. Wszystko wskazuje zatem na to, że Stany Zjednoczone pozostaną zajęte przede wszystkim sobą, nie będąc w stanie wypracować spójnej polityki międzynarodowej.
Porzuceni sojusznicy dostali szansę, na którą nie są gotowi
Najbardziej widocznym objawem międzynarodowego osłabienia pozycji USA jest zmiana charakteru relacji z kluczowymi sojusznikami.
Polityka administracji Donalda Trumpa opiera się na błędnym założeniu, że status supermocarstwa jest ciężarem, od którego Ameryka musi się uwolnić, by odzyskać wigor. W rzeczywistości to właśnie sieć powiązań, sojuszy i obecność w instytucjach międzynarodowych stanowiły o wyjątkowości amerykańskiej potęgi, pozwalając jej projektować wpływy znacznie mniejszym kosztem niż poprzez bezpośrednie użycie siły militarnej.
Tradycyjnie amerykańskie przymierza, od NATO po traktaty z Japonią i Koreą Południową, były dawniej postrzegane jako stałe elementy architektury bezpieczeństwa, oparte na wspólnych wartościach i długofalowych interesach. Podejście Donalda Trumpa zredukowało te relacje do poziomu bilansu płatniczego. Kiedy Stany Zjednoczone zaczęły traktować sojuszników jak dłużników, a wspólne instytucje jak pułapki, nie wzmocniły swojej pozycji. Osłabiły fundament, na którym ta pozycja w ogóle wzrosła w siłę.
Spektakularna katastrofa. Europa wierzyła
To nie jest żaden amerykański "zwrot ku Azji", bo przecież sojusznicy z Azji Wschodniej traktowani są tak jak ci z innych regionów. Kwestionowanie kosztów stacjonowania wojsk w Korei Południowej czy Japonii oraz wsparcia Tajwanu podważyło wiarygodność amerykańskiego odstraszania. Gdy sojusznicy przestają wierzyć, że USA przyjdą im z pomocą w sytuacji kryzysowej, zaczynają szukać alternatywnych układów lub – co gorsza – dążyć do zbliżenia z regionalnymi potęgami autorytarnymi.
Większość europejskich rządów potraktowała pierwszą kadencję Donalda Trumpa jak burzę, którą należy przeczekać. Biden dał im cztery lata złudnego komfortu.
Trump 2.0 jest twardszym testem, bo nie ma już złudzenia powrotu do poprzedniego status quo. Strukturalnie UE stoi przed koniecznością poniesienia kosztów własnego bezpieczeństwa i suwerenności, które przez 80 lat cedowała na Stany Zjednoczone. To jest fundamentalna zmiana i większość europejskich systemów politycznych nie jest na nią gotowa ani fiskalnie, ani instytucjonalnie, ani mentalnie.
Od strony ekonomicznej europejski model wzrostu ostatnich dekad opierał się na założeniach, które jednocześnie uległy spektakularnej katastrofie: tani gaz z Rosji, chłonny rynek chiński i otwarty rynek amerykański. Wszystkie te filary europejskiego spokoju zostały obrócone w pył na przestrzeni zaledwie kilku lat.
Rosja napadła na Ukrainę i prowadzi wobec krajów Unii Europejskiej wrogie działania w formie niewypowiedzianej wojny. Szlaki dostaw ropy na Bliskim Wschodzie zostały zdestabilizowane. Chiny przejęły europejskie technologie i subsydiując swój eksport, kwestionują technologiczną supremację Zachodu. Wreszcie Trump podważył główny sojusz gospodarczy na świecie, rozpętując wojny handlowe. Europa jako całość nie jest gotowa na strategiczną autonomię i nie będzie gotowa w czasie, w którym ta autonomia jest potrzebna. Luka między retoryką a zdolnościami jest ogromna.
Polska w trudnej pozycji
Polska jest w szczególnie trudnej pozycji, bo jej strategia bezpieczeństwa przez 30 lat opierała się na maksymalizacji obecności USA jako tarczy przed agresją Rosji. To była racjonalna strategia i w nowym środowisku narastającego kryzysu politycznego w Stanach Zjednoczonych musi być kontynuowana.
Zarazem jest niewystarczająca, bowiem nasz główny sojusznik stał się niepewny. Polska musi więc jednocześnie utrzymywać relacje z Waszyngtonem i budować europejską alternatywę. To trudna sztuka, bo z wymienionych już powodów można zakładać, że kolejni amerykańscy prezydenci, nawet z przeciwnego obozu politycznego, będą kontynuować bardziej izolacjonistyczną i transakcyjną wobec Europy retorykę Trumpa. To nauka chodzenia po cienkiej linie, bo era, w której Ameryka była przewidywalnym i bezinteresownym liderem wolnego świata, bezpowrotnie minęła.
Autorem opinii jest prof. Łukasz Goczek z Katedry Makroekonomii i Teorii Handlu Zagranicznego na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW.
Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji.