USA nie staną się silniejsze dzięki AI? Historyk z Princeton wyjaśnia paradoks
- USA są dziś bardzo mocno zadłużone. Trump i Bessent wierzą, że pomoże AI, ale USA nie będą miały monopolu na tę technologię - mówi money.pl prof. Harold James, historyk gospodarczy z Uniwersytetu Princeton. Jego zdaniem presja wielkich zagrożeń, ze strony Rosji lub Donalda Trumpa, może działać na Europejczyków mobilizująco, wymuszać niezbędne reformy.
Grzegorz Siemionczyk, money.pl: Donald Trump wycofał się z zamiaru nałożenia ceł na państwa Europy, które przeszkadzają mu w przejęciu Grenlandii. Zapewnił też, że nie będzie próbował podbić jej siłą. Ten zwrot to, jak przekonywał, wynik rozmów z sekretarzem generalnym NATO. Ale trudno uniknąć wrażenia, że Trumpa do zmiany zdania skłoniło to, że na jego arktyczne ambicje nerwowo reagowały rynki finansowe. Czy to prawda, że prezydent USA jest w pewnym sensie ich zakładnikiem?
Prof. Harold James, historyk gospodarczy, wykładowca na Uniwersytecie Princeton: Myślę, że tak. Ponownie wydarzyło się to, co w kwietniu ubiegłego roku, gdy Trump wycofał się z części ceł zapowiedzianych w tzw. Dniu Wyzwolenia. Obserwację, że Trump boi się rynków finansowych, określono wtedy mianem TACO (skrót od angielskiego "Trump zawsze tchórzy" - red.). Nastroje na rynkach mają dla niego dużo większe znaczenie niż nastroje zwykłych ludzi. W USA dezaprobata dla polityki Trumpa narasta, większości Amerykanów nie podobają się podwyżki ceł ani obławy na imigrantów, które prowadzi ICE (Urząd ds. Imigrantów i Egzekwowania Ceł).
Krytycznie oceniają przejawy próżności prezydenta, takie jak demontaż wschodniego skrzydła Białego Domu czy zmiany nazwy The Kennedy Center. To jednak nie robi na nim wrażenia. Natomiast przecena akcji i obligacji znaczy wiele, choćby dlatego, że plany emerytalne Amerykanów są uzależnione od koniunktury na rynkach.
Notowania wystrzeliły. Co dalej ze złotem? Analityk wyjaśnia
To w gruncie rzeczy optymistyczny wniosek, bo czyni politykę Trumpa bardziej przewidywalną.
W przypadku Grenlandii zadziałały dwa powtarzające się mechanizmy. Kiedy Trump uznaje, że odniósł spektakularny sukces, chce go powtarzać. Porwanie Maduro zachęciło go, aby mówić o zmianie reżimu w Iranie i o przejęciu Grenlandii. Hamulcem są właśnie reakcje rynku.
Trump uderzył w NATO. Tak powiedział o Sojuszu i Grenlandii
Wrażliwość Trumpa na wahania cen aktywów finansowych wpisuje się w popularną wśród jego krytyków tezę, że pod jego rządami USA przekształcają się w państwo oligarchiczne, w którym na pierwszym miejscu są interesy najbogatszych Amerykanów. To uzasadnione obawy?
USA pod pewnymi względami rzeczywiście funkcjonują jak kraje oligarchiczne, np. z Zatoki Perskiej. Zresztą, Trump wyraźnie podziwia Arabię Saudyjską i Katar. Za tą oligarchiczną skłonnością stoi moim zdaniem pewien zakład. Otóż USA są dziś bardzo mocno zadłużone. Nie chodzi tylko o rosnący dług publiczny, ale też głęboką ujemną pozycję inwestycyjną netto. Ta sytuacja jest możliwa do utrzymania tylko pod warunkiem, że wydarzy się jakiś cud. Zarówno Trump, jak i wielu dość rozsądnych ludzi z jego administracji, jak sekretarz skarbu Scott Bessent, wierzą, że tym cudem będzie AI. Dzięki tej technologii zwiększy się produktywność gospodarki, a wyższy PKB sprawi, że zmaleje ciężar długu. Osobiście nie sądzę, że AI aż tak zrewolucjonizuje gospodarkę USA. Ale ta kalkulacja sprawia, że Trump hołubi krezusów.
Czy to oznacza, że z perspektywy Europy najlepszą obroną przed groźbami Trumpa, byłoby wprowadzenie podatku cyfrowego, który w największym stopniu obciążyłby amerykańskie firmy technologiczne?
Niektóre kraje potrafią dość skutecznie przeciwstawić się Trumpowi. Udaje się to na przykład Chinom. Ale one dysponują dobrą kartą przetargową: są eksporterem towarów krytycznych dla rozwoju AI i przemysłu obronnego, choćby metali ziem rzadkich. Europa też dużo do USA eksportuje, ale są to w dużej mierze dobra luksusowe. Ograniczenie ich sprzedaży nie byłoby dla USA dotkliwą karą. Dużo skuteczniejszym instrumentem nacisku, o którym mało się mówi, byłoby ograniczenie eksportu farmaceutyków, w szczególności leków na otyłość i cukrzycę typu GLP-1, które zdobyły w USA ogromną popularność. Tymczasem nawet amerykański producent Eli Lilly wytwarza je głównie w Irlandii.
Ale jeśli Europa chce utrzymać stosunki transatlantyckie, nie powinna podejmować działań, które uderzyłyby w zwykłych Amerykanów. W tym świetle ograniczenia nakładane na firmy technologiczne rzeczywiście mogą być w Europie najskuteczniejszą linią obrony.
Donald Trump twierdzi, że wszystkie jego decyzje zmierzają do tego, aby "znowu uczynić Amerykę wielką". I trudno odmówić mu sprawczości. Interesy USA, tak jak je rozumie, przedkłada nad takie kwestie jak ochrona klimatu i środowiska, prawa człowieka, praworządność, sojusze. Wielu obserwatorom, nawet w Europie, to imponuje. Zwłaszcza, że amerykańska gospodarka rozwija się lepiej niż europejska. Łatwo więc o wrażenie, że polityka Trumpa, choć kontrowersyjna, jest skuteczna.
Donald Trump, wbrew swoim intencjom, osłabia amerykańską gospodarkę. Jego polityka nie jest więc skuteczna. Wielu ekonomistów ostrzegało, że podwyżki ceł podbiją inflację w USA. Mieli rację, ale ten negatywny efekt polityki Trumpa nie jest tak silny, jak można się było obawiać. Ale wyrządza ona też inne, znacznie poważniejsze szkody. Uderza w amerykański przemysł wytwórczy, w szczególności przemysł samochodowy, który jest zależny od importu stali i aluminium, a także wielu części. To wszystko podrożało. Amerykańscy producenci aut, którzy mieli być jednymi z głównych beneficjentów podwyżek ceł, są poszkodowanymi. To samo można powiedzieć o wielu innych branżach, na przykład przemyśle meblarskim.
Polityka Trumpa przynosi natomiast korzyści firmom technologicznym. Tyle, że i one będą chwilowe. Obecnie trwają inwestycje w wielkie centra danych, co sprzyja aktywności budowlanej. Ale gdy te centra zostaną ukończone, będą potrzebować wykwalifikowanych pracowników, w większości spoza USA. A ich przyjazdy zostały mocno ograniczone.
To dlatego pańskim zdaniem boom inwestycyjny związany z AI na dłuższą metę nie przyniesie amerykańskiej tak dużych korzyści, jak zdaje się oczekiwać Trump?
Nie tylko. Chodzi o to, że największe zyski będą pochodziły nie tyle z rozwoju samych modeli AI, tylko z ich zastosowań w konkretnych dziedzinach: farmacji, medycynie, edukacji, motoryzacji. To wszystko dzięki AI może zostać zrewolucjonizowane, ale USA nie będą miały monopolu na tę technologię. Będą z niej korzystały wszystkie kraje. USA nie staną się więc ważniejsze i silniejsze. Za to koszty polityki Trumpa, takie jak podkopanie wizerunku USA na świecie, utrzymają się długo.
Narracja Donalda Trumpa, że Unia Europejska chyli się ku upadkowi, że jest źle zarządzana i przegrywa wyścig technologiczny z USA i Chinami, mocno rezonuje wśród samych Europejczyków. Przyczynił się do tego głośny raport Mario Draghiego, który był wewnętrzną krytyką europejskiego modelu rozwoju. Pańskim zdaniem Europa, nawet jeśli dzisiaj nie jest źródłem najważniejszych technologii, będzie w stanie z nich skorzystać, a jej słabość okaże się przejściowa, a nie strukturalna?
Tak. Europejskie firmy mają ogromne kompetencje w takich dziedzinach, jak biotechnologia, bioinżynieria oraz inżynieria w ogóle, robotyka. To są te dziedziny, które już teraz korzystają z rozwoju AI.
Jeśli zaś chodzi o raport Draghiego, to mam wrażenie, że umknęły mu doświadczenia krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Wiele bolączek, o których pisze, widać głównie w krajach Europy Zachodniej – we Włoszech, Francji, Niemczech czy – poza UE - w Wielkiej Brytanii.
Tymczasem w Unii jest też wiele bardzo dynamicznych gospodarek. Polska to oczywisty przykład: gdy przejeżdżałem niedawno przez przemysłowy Śląsk, przez Katowice, które dawniej były zapuszczone, byłem zdumiony widocznym tam postępem, czułem się jak w Dolinie Krzemowej.
Ale mam też na myśli kraje bałtyckie, Danię, a nawet Grecję, która dziś radzi sobie bardzo dobrze. Największe problemy w UE mają Niemcy, które były zanadto skoncentrowane na starym przemyśle motoryzacyjnym. Ale nawet tam te problemy zaczynają być adresowane, a wiele innych branż dobrze się rozwija.
W swojej ostatniej książce "Siedem kryzysów", wydanej w 2023 r., stawia pan tezę, że kołem zamachowym globalizacji były w przeszłości głównie szoki podażowe, a nie popytowe. Te pierwsze wiążą się często z przełomami technologicznymi, do których próbują się dostosować firmy. To zaś właśnie sprzyja współpracy ponad granicami. Czy dzisiaj też doświadczamy takiego właśnie szoku w związku z AI?
Sądzę, że tak, ale jest to w pewnym sensie nowy rodzaj szoku podażowego. W przeszłości dość jasno rozumieliśmy, czego szoki dotyczyły. W połowie XIX wieku chodziło o żywność, w latach 70. XX wieku - o energię. A dziś chodzi o całą gamę kluczowych komponentów i surowców, która ciągle się poszerza. Rok temu prawie nikt nie słyszał o dysprozie albo samarze, a teraz okazuje się, że są niezbędne. Ludzie zaczynają rozumieć, że aby zapewnić odporność dostaw, potrzeba wielu źródeł tych minerałów. Dokładnie to dawała globalizacja w przeszłości - odporność. I wierzę, że nadal to zapewnia.
Czyli paradoksalnie zawirowania geopolityczne, które postrzegamy jako rozpad dotychczasowego ładu światowego, na dłuższą metę wzmocnią globalizację?
Mocno w to wierzę i widzę na to sporo dowodów. Wiele osób było zaskoczonych tym, jak odporna na chaotyczną politykę administracji Donalda Trumpa jest globalna wymiana handlowa. Wolumen handlu ciągle rośnie i moim zdaniem jest to napędzane poczuciem szoku podażowego. Dlatego sądzę, że mimo tego całego chaosu, istnieją powody do optymizmu. Przypomina to historię Ryszarda III, którego Szekspir opisał jako postać odrażającą, niszczycielską. Ale swoim postępowaniem rozbija stary porządek, a gdy zostaje pokonany w bitwie, pojawia się nowy król - Henryk VII - który może wprowadzić nowy porządek. Anglia staje się dzięki temu lepszym miejscem.
Podobny motyw znamy też z "Fausta" Geothego. Mefistofeles jest postacią, która chce zła, ale mimowolnie czyni dobro. Dzisiaj też destrukcyjne siły wymuszają zmiany, które ostatecznie mogą się okazać pozytywne.
Polska i inne kraje naszego regionu rozwijają się prężnie, ale nie wyjątkowo szybko na tle zamożnych dziś państw, gdy były na tym naszym poziomie rozwoju. Czy z historii znane są precedensy, gdy rozwinięte kraje utknęły w martwym punkcie, ale zdołały odzyskać dynamizm?
Oczywiście. Przykładem takiego kraju są same Niemcy, które po II wojnie światowej przeżyły prawdziwe odrodzenie. To był też czas "cudu gospodarczego" we Włoszech. Wcześniej, w połowie XIX wieku, Europa też była w fatalnym stanie, a mimo to wkrótce stała się światową potęgą. Tyle, że jeśli dzisiaj kraje Europy chcą myśleć o odnowie, muszą znaleźć odpowiedź na polityczny impas, widoczny przede wszystkim we Francji, ale też w Niemczech i gdzie indziej. Presja wielkich zagrożeń - ze strony Trumpa czy Putina - może działać na Europejczyków mobilizująco, wymuszać lepszą współpracę w zakresie obrony, bezpieczeństwa.
Niestety, lęki społeczne związane z globalnymi zawirowaniami są też pożywką dla populistów i nacjonalistów. Zarówno w Polsce, jak i w krajach zachodniej Europy, silną pozycję mają dziś politycy o antyeuropejskich poglądach, którzy postrzegają UE jako źródło problemów swoich gospodarek.
Oczywiście, taka reakcja jest widoczna. Ale źródłem nacjonalizmu są nie tyle zawirowania w handlu związane z polityką Trumpa, ile imigracja. To jest zjawisko, które wymaga otwartej debaty. W Polsce na przykład przyjazd ogromnej grupy Ukraińców przyczynił się do wzrostu gospodarczego, wniósł sporo energii do społeczeństwa. Ale nie we wszystkich krajach Europy doświadczenia z imigracją były równie pozytywne. Warto też podkreślić, że nacjonalizm rozumiany jako duma z własnego kraju nie stoi w sprzeczności z pracą na rzecz Europy. Zresztą, mówi o tym polski hymn narodowy.
Brak zgody między państwami UE w niektórych istotnych sprawach, takich jak sankcje nakładane na Rosję, wsparcie Ukrainy czy właśnie odpowiedź na politykę Trumpa, w Europie zaczęto zawiązywać "koalicje chętnych", czyli podejmować współpracę w mniejszych grupach państw członkowskich. To jest coś, co zwiększy elastyczność Europy, ułatwi jej szybkie reagowanie, czy raczej będzie osłabiało europejską jedność?
To jest uczciwe podejście. Niektóre kwestie są ważniejsze dla jednych krajów niż dla innych, trudno więc oczekiwać jednomyślności. Zwiększenie nakładów na obronność i bezpieczeństwo jest priorytetem dla państw Europy Północnej, ale nie jest tak istotne z perspektywy Europy Południowej. Dlatego możliwość stworzenia skoordynowanego mechanizmu obronnego, który nie byłby tożsamy z UE, ma sens. Szczególnie, że w tej kwestii wiele państw ma zbieżne interesy z Wielką Brytanią, która w UE już nie jest. Integracja w ramach koalicji chętnych, do których mogą przyłączać się też kraje spoza UE, daje też szanse na lepszą współpracę z Ukrainą, bez której także nie można dzisiaj myśleć o bezpieczeństwie Europy.
Do narracji, że UE chyli się ku upadkowi, nie przystaje fakt, że euro jest coraz częściej postrzegane przez inwestorów jako "bezpieczna przystań". Czy widzi pan szansę na to, że euro umocni swoją pozycję jako globalna waluta rezerwowa, osłabiając nieco pozycję dolara?
Tak, ale nie sądzę, abyśmy zmierzali w kierunku takiego świata, w którym dolar zupełnie utraci swoją pozycję i zostanie zastąpiony przez euro lub renminbi. Porządek walutowy będzie jednak coraz bardziej wielobiegunowy. Waluty państw lub bloków gospodarczych, które mają zdrowe finanse publiczne i wiarygodną, przewidywalną politykę gospodarczą, będą po prostu odgrywały większą rolę niż dzisiaj. To dotyczy nie tylko euro, ale też walut Australii, Kanady, Norwegii czy Szwajcarii.
W UE krajów, które pozostają przy własnych walutach, jest coraz mniej. Z początkiem tego roku do strefy euro przystąpiła Bułgaria, wcześniej Chorwacja. Czy to, a także potrzeba większej integracji Europy w obliczu globalnych wyzwań, wpływa na bilans kosztów i korzyści z tytułu przyjęcia euro w Polsce?
W niestabilnym świecie łatwiej jest funkcjonować w ramach większego układu. To był istotny argument na rzecz euro w Bułgarii i Chorwacji. Z ich perspektywy członkostwo w strefie euro to krok ku bardziej wiarygodnej polityce gospodarczej. Ale oczywiście taką politykę da się prowadzić także poza strefą euro. A samej unii walutowej potrzeba też reform w największych gospodarkach: Francji i Niemiec. Chodzi mi przede wszystkim o podwyżki wieku emerytalnego, które pomogłyby zrównoważyć ich finanse publiczne.
O potrzebie zatrzymania narastającego długu publicznego, zarówno w USA, jak i w niektórych krajach Europy, mówił pan już kilka razy. Tymczasem wydaje się, że podejście ekonomistów do tej kwestii w ostatnich dwóch dekadach mocno się zmieniło, stało się bardziej pragmatyczne. Polityka oszczędnościowa, którą prowadziły kraje z południa strefy euro, uchodzi dziś często za błąd. Także inwestorzy zdają się rozumieć, że jeśli wzrost dług finansuje ważne inwestycje, jest nawet wskazany. Ta zmiana paradygmatu leży u źródeł zwrotu w polityce fiskalnej Niemiec na mniej restrykcyjną. Pańskim zdaniem to błąd?
Ja po prostu nie wierzę, że weszliśmy w epokę trwale niskich stóp procentowych. To była pewna iluzja, która doprowadziła do wielu błędów w polityce pieniężnej i fiskalnej tuż po pandemii COVID-19. Przykładowo, w Europie byłoby znacznie łatwiej sfinansować dużą część "zielonego" programu, gdyby zrobiono to szybko w latach 2020-2021, zamiast czekać, aż wzrosły stopy procentowe, a konieczność zwiększenia wydatków na bezpieczeństwo, dodatkowo ograniczyła możliwości wydawania na inne cele.
Teraz rządy znalazły się w punkcie, gdy muszą zdecydować, czy chcą zwiększać nakłady na obronność, czy utrzymać tak wysokie wydatki na emerytury. Niemcy mają rzeczywiście nieco większe pole manewru, bo wcześniej prowadzili bardzo rygorystyczną polityką budżetową. Ale i tam niektóre wydatki trzeba ograniczyć, żeby zwiększyć inne, bardziej rozwojowe.
Rozmawiał Grzegorz Siemionczyk, główny analityk money.pl
*Prof. Harold James jest profesorem historii na Uniwersytecie Princeton. Specjalizuje się w historii gospodarczej Europy oraz globalizacji.