Rywal, a nie partner. W stosunkach z Chinami UE popełnia stare błędy [OPINIA]
Chiny nie są zwykłym partnerem handlowym. Ich polityka gospodarcza służy budowie geopolitycznej dominacji. W stosunkach z Pekinem Unia Europejska nie może być tak krótkowzroczna, jak była niegdyś w stosunkach z Moskwą - przekonuje w opinii dla money.pl dr Konrad Popławski z Ośrodka Studiów Wschodnich.
Opinia dra Konrada Popławskiego, eksperta Ośrodka Studiów Wschodnich, powstała w ramach 23. edycji "Ringu ekonomicznego" money.pl. To format dyskusji na ważne, ale kontrowersyjne tematy społeczne i ekonomiczne. Tym razem tematem przewodnim jest rosnący import UE z Chin. Zastanawiamy się, czy stanowi to zagrożenie dla europejskiej gospodarki oraz czy i jak Bruksela powinna temu przeciwdziałać. Równolegle publikujemy opinię prof. Jana Hagemejera, prezesa think-tanku CASE i wykładowcy WNE UW, oraz analizę Grzegorza Siemionczyka. Dwa tygodnie temu, w pierwszej rundzie tej debaty, ukazały się opinie prof. Piotra Dominiaka i dr. hab. Joanny Wolszczak-Derlacz, ekonomistów związanych z gdańskimi uczelniami, oraz dra Wojciecha Paczosa z Uniwersytetu w Cardiff.
Nastały ciężkie czasy dla ekonomistów. Coraz trudniej analizować niektóre tendencje w gospodarce bez uwzględnienia geopolityki, bezpieczeństwa czy odporności gospodarki. W sytuacji, gdy narasta rywalizacja między państwami, a stabilność najważniejszych szlaków transportowych nie jest już pewnikiem, czysta analiza ekonomiczna rodem z czasów "końca historii" może doprowadzić do błędnych wniosków. Trzeba dużo więcej uwagi poświęcić ekonomii politycznej, która w Polsce po transformacji została zmarginalizowana w debacie publicznej. Rodzi się pytanie, czy w warunkach nasilającej się rywalizacji geopolitycznej merkantylistyczne rozumienie ekonomii nie niesie ze sobą pewnej wartości analitycznej.
Polityka chińska jest w centrum tych wyzwań ekonomicznych. Analiza statyczna rzeczywiście może sugerować, że choć nadwyżka handlowa Chin w stosunku do Europy rośnie, to przecież nadrabiamy eksportem w innych kierunkach. W ten sposób można dojść do konkluzji, że manipulacje kursem waluty przez Pekin, nieraz sztuczne utrzymywanie niższych płac, nietransparentne, olbrzymie subsydia i wsparcie państwa dla wybranych sektorów, a nawet szpiegostwo przemysłowe nie mają znaczenia. Wszak ostatecznie to wszystko sprawia, że Chiny dostarczają nam jedynie tańszych zasobów i półproduktów dla naszych towarów sprzedawanych na całym świecie.
Czy Chiny wymuszą pokój na Ukrainie? Bartosiak o nowym układzie sił
Czy jednak uwzględniamy w takim wypadku w dostatecznym stopniu efekty dynamiczne, widoczne dopiero w horyzoncie kilku lat? Czy po kilku latach takiej nierównej konkurencji nie doprowadzimy do utraty ważnych kompetencji przemysłowych?
Chiny sprzedadzą nam i sukno i wino
Ostatnie lata rozmaitych kryzysów w dostateczny sposób udowodniły, że model just-in-time to sposób na życie w spokojnych czasach. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż modele ekonomiczne. I nie tylko geografia ma znaczenie. Liczy się też zdolność do utrzymania pewnych tradycji przemysłowych.
Jeśli zatracimy ciągłość w produkcji pewnych technologii, to know-how eroduje, a niezbędny kapitał ludzki jest niezwykle trudny do odtworzenia. Kto zagwarantuje wtedy, że Chiny po latach subsydiowania swojej produkcji nie zażądają cen dwu- lub trzykrotnie wyższych niż dzisiaj? Przecież już dziś widzimy takie procesy w niezwykle ważnym obszarze – surowców ziem rzadkich. Pekin z brutalną konsekwencją wykorzystuje je, aby szantażować zarówno USA, jak i Europę. Nie jest pewne, czy pozwoli je wykorzystywać np. w obszarze zbrojeń.
Zwróćmy uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt. Jeśli przyjrzeć się Chinom, wyraźnie widać, jak głęboko niezrównoważona jest ich gospodarka. Pekin w wielu sektorach sztucznie nakręca koniunkturę masywnymi subsydiami, co w połączeniu z ostrą konkurencją między lokalnymi firmami prowadzi do chronicznej nadprodukcji. W efekcie nadmiar mocy produkcyjnych wymusza eksport tych problemów na zewnątrz – Chiny dosłownie eksportują swoje wewnętrzne nierównowagi.
Parafrazując klasyczną teorię przewag komparatywnych Davida Ricarda: co jeśli jeden kraj chce sprzedać nam i sukno, i wino? Tajemnicą poliszynela jest to, że Pekin zbudował wokół swojego rynku wewnętrznego wielki mur barier pozacelnych. Eliminuje w ten sposób zagraniczną konkurencję, gdy ta przestaje już przynosić korzyści technologiczne.
Dokładnie tak stało się z producentami baterii – jeszcze kilka lat temu mocno obecni na chińskim rynku Japończycy i Koreańczycy zostali wypchnięci m.in. poprzez odcięcie dostępu do subsydiów, gdy chińskie firmy (CATL, BYD) osiągnęły odpowiedni poziom technologiczny. Teraz podobny scenariusz rozgrywa się w branży motoryzacyjnej – europejskie koncerny tracą pozycję na rynku chińskim, podczas gdy chińscy czempioni (BYD, SAIC, Geely, NIO) agresywnie wchodzą na rynek europejski.
Znaczenie efektu skali
Możemy się pocieszać tym, że zostają nam wciąż niezłe wyniki sprzedaży europejskich towarów na rynkach trzecich. Jeśli zatem celem Chin jest opóźnienie procesów restrukturyzacji rozbuchanych sektorów i eksport swoich nierównowag na zewnątrz, to czy mogą ten cel osiągnąć? Wszak według teorii Ricardo optymalne byłoby, żeby skupiły się na sektorach, w których są najbardziej produktywne.
Ta analiza nie docenia jednak znaczenia efektu skali. Jeśli Chiny, będąc olbrzymim państwem, są w stanie zmobilizować praktycznie każde zasoby, aby zbudować u siebie od podstaw całe łańcuchy wartości w określonych sektorach, to przy skali tego rynku będą w stanie niemal zawsze osiągnąć maksymalnie niskie koszty jednostkowe. Uwzględniając to, że Pekin otwarcie deklaruje, że chce zdominować te sektory, w których dotychczasowymi liderami są koncerny europejskie, czy rzeczywiście przewaga firm europejskich na rynkach trzecich ma szansę się ostać?
Z pomocą przychodzi nam analiza sektorowa, z której wynika, że w wielu tradycyjnych branżach Europa coraz bardziej czuje na plecach oddech Pekinu. Nawet niemiecka motoryzacja, która przez ostatnie dekady stabilizowała gospodarkę europejską, generując olbrzymie nadwyżki handlowe, obecnie wpadła w koleiny. Wiele polskich firm narzeka, że w sektorach, w których się nie spodziewały, pojawia się nagle znikąd konkurencja chińska z coraz bardziej wyrafinowanymi produktami, które niemal zawsze są w konkurencyjnych cenach. Takie narzekania np. słychać coraz głośniej z polskich hut szkła czy wśród producentów mebli.
Druga strona równania
Do czego może prowadzić polityka Pekinu, polegająca na stymulowaniu za wszelką cenę eksportu i tłumieniu importu, oprócz odsuwania w czasie konieczności głębszej reformy gospodarki? Być może Chiny dążą do jakiejś formy neokolonializmu. Nawet osłabiona konkurencyjnie Europa może być źródłem kapitału, wierzytelności oraz wpływów ekonomicznych i politycznych.
O tym, że to ryzykowna strategia, nieraz przekonały się Niemcy, które mają podobną obsesję na punkcie gromadzenia nadwyżek handlowych. W efekcie, aby uniknąć inflacji lub aprecjacji waluty związanej z napływem dewiz, musiały je inwestować za granicą.
Boleśnie odczuły tego skutki w 2008 r. Niemieckie banki masowo inwestowały nadwyżki w amerykańskie instrumenty finansowe powiązane z kredytami subprime. Gdy bańka pękła, straty były gigantyczne (Hypo Real Estate, IKB i inne instytucje wymagały dziesiątek miliardów euro pomocy publicznej), a cała gospodarka wpadła w głęboką recesję eksportową. Jak celnie ujął to niemiecki ekonomista Hans-Werner Sinn: Niemcy eksportowały Mercedesy i Porsche, a w zamian otrzymywały bezwartościowe papiery Lehman Brothers i obligacje Grecji.
Logika Pekinu może być jednak inna. Jeśli celem Chin jest zdobycie pozycji światowego hegemona, to wtedy takie niuanse jak dobrobyt obywateli mogą schodzić na drugi plan. Wszak Pekin do dziś wspiera szeroko Rosję w jej agresywnej polityce, mimo że skutkuje to znacznym pogorszeniem relacji z Zachodem.
W przeciwieństwie do wielu krajów Europy Zachodniej, Polska już wcześniej okazała się mądrzejsza w stosunku do Rosji. Nie dała się uwieść narracji "handel ponad wszystko" i od lat konsekwentnie zwracała uwagę na zagrożenia geopolityczne i systemowe płynące z Kremla.
Teraz nadszedł czas, aby tę samą dalekowzroczność i realizm zastosować wobec Chin. Pekin nie jest zwykłym partnerem handlowym. To rywal systemowy, który świadomie łączy gospodarkę z ambicjami geopolitycznej dominacji. Im szybciej Polska i Europa zrozumieją tę logikę i dostosują do niej swoją politykę przemysłową, technologiczną i bezpieczeństwa, tym mniejsze będą koszty, które przyjdzie nam zapłacić w przyszłości.
Autorem opinii jest dr Konrad Popławski, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich