Masowe oszustwo w sieci. Płacą Polacy. Skończmy z tym [OPINIA]

UOKiK sam sobie zaprzeczył w jednym piśmie w sprawie fałszywych reklam - pisze w opinii dla money.pl Piotr Mieczkowski, dyrektor zarządzający Fundacji Digital Poland. Ekspert wyjaśnia, o co chodzi w walce Polski z amerykańskim gigantem Metą.

Piotr Mieczkowski Piotr Mieczkowski jest m.in. dyrektorem zarządzającym Digital Poland i wiceprezesem European AI Forum
Źródło zdjęć: © Adobe Stock, GETTY | Cheng Xin, mat. prasowe

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Na kanwie mojej opinii w money.pl, w sprawie fałszywych reklam masowo szerzących się Facebooku i Instagramie, dziennikarze spytali o działania, jakie podejmuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, by ograniczyć scam.

UOKiK odpowiedział, że zgodnie z unijnym DSA (Akt o usługach cyfrowych, który ma m.in. wspierać walkę z nielegalnymi treściami w sieci - red.) kompetencje do podjęcia odpowiednich działań ma Komisja Europejska, gdyż nadzoruje ona duże platformy (tzw. VLOP). Urząd przy tym nie zbagatelizował samego problemu ani nie zakwestionował jego skali. Przeciwnie - przyznał, że problem scamów narasta i zapowiedział ponowne zwrócenie się do Komisji o działania.


WIDEO
Zatrzymanie Piesiewicza pokazuje duży problem PKOL-u. Jest jedno rozwiązanie


Dla laika na pierwszy rzut oka taka opinia brzmi trochę jak stanowisko instytucji świadomej granic swoich kompetencji i uznającej podział ról przewidziany Aktem o usługach cyfrowych w Unii Europejskiej.

Szkopuł w tym, że Urząd odpowiedział na pytanie, którego nikt mu nie zadał, zasłaniając się przepisami. Myślę, że nikt roztropny nie zarzuca prezesowi UOKiK, że nie egzekwuje Aktu o usługach cyfrowych, bo zarzut wobec niego jest zgoła odmienny i prostszy.

Co badał UOKiK

Jak sam przyznaje w odpowiedzi, od maja 2024 r. regulator badał mechanizmy publikowania reklam na platformach Mety i zgromadził obszerny materiał. Następnie uznał jednak - w mojej ocenie błędnie - że sprawa dotyczy wyłącznie DSA i przekazał sprawę Komisji Europejskiej.

Nie wyjaśnił przy tym, dlaczego tych samych ustaleń nie ocenił również pod kątem naruszenia zbiorowych interesów konsumentów. A przecież jest to obszar, w którym prezes UOKiK ma kompetencje i z którego korzysta regularnie od dekad, nakładając stosowne kary i zalecając zmianę praktyki działania. Co więcej, zaledwie kilka miesięcy później zastosował ten sam reżim prawny wobec tej samej spółki.

Zarzut nie dotyczy bierności prezesa UOKiK w egzekwowaniu DSA. Pytanie jest inne - dlaczego urząd uznał zebrany materiał wyłącznie za sprawę objętą DSA i nie ocenił go również pod kątem naruszenia przepisów o ochronie konsumentów?

Wyłączność KE ma ściśle określone granice

Od właśnie tego twierdzenia urząd buduje całą swoją argumentację. Wskazuje, że nadzór nad największymi platformami internetowymi (VLOP), takimi jak Facebook i Instagram, należy wyłącznie do zadań Komisji Europejskiej. Tak sformułowana teza jest jednak błędna. Czemu?

Artykuł 56 ust. 2 Aktu o usługach cyfrowych przyznaje Komisji wyłączną właściwość jedynie w ściśle określonym zakresie, w odniesieniu do dodatkowych obowiązków nakładanych na bardzo duże platformy internetowe, opisanych w sekcji piątej rozdziału III (chodzi o artykuły 33-43 DSA).

Poza tym zakresem obowiązują zupełnie inne zasady - właściwy pozostaje koordynator do spraw usług cyfrowych państwa (tzw. KUC), w którym platforma ma siedzibę, natomiast Komisja dysponuje kompetencjami równoległymi, a nie wyłącznymi.

Innymi słowy, sama okoliczność, że sprawa dotyczy Facebooka lub Instagrama, nie oznacza jeszcze, że może się nią zajmować tylko Komisja Europejska.

Zresztą zestawmy to z tym, co sam regulator wskazał w odpowiedzi skierowanej do money.pl. Pierwsza kwestia to brak skutecznych środków ograniczających ryzyko rozpowszechniania reklam wprowadzających w błąd. Chodzi o art. 34 i 35 DSA, znajdujące się w sekcji piątej rozporządzenia. W tym przypadku Komisja Europejska rzeczywiście działa na wyłączność.

Druga kwestia dotyczy nieprawidłowości w bibliotece reklam, uregulowanej w art. 39 DSA. To również przepis sekcji piątej, a więc także sprawa należąca do właściwości Komisji Europejskiej.

Jednak inaczej jest z trzecią kwestią - tą, którą UOKiK przedstawił jako jedno ze swoich głównych ustaleń i opisał najbardziej szczegółowo. Chodzi o naruszenie art. 16 ust. 6 DSA, czyli o brak należytej staranności przy rozpatrywaniu zgłoszeń, nieusuwanie fałszywych reklam mimo ich zgłoszenia oraz pozostawianie części zawiadomień platformy bez odpowiedzi. Art. 16 znajduje się w sekcji drugiej rozporządzenia.

Komisja Europejska w tym zakresie nie ma wyłącznej kompetencji i nigdy nie miała, bo jej kompetencje zapisano w sekcji piątej rozdziału III (czyli w artykułach 33-43).

UOKiK podważa własną argumentację

Co więcej, w dalszej części odpowiedzi Urząd sam podważa własną argumentację. Wyjaśnia bowiem, że gdyby Komisja Europejska nie zdecydowała się wszcząć postępowanie, to kompetencje przysługiwałyby właściwemu organowi państwa, w którym przedsiębiorca ma siedzibę. Trudno zatem mówić o wyłącznej kompetencji Komisji. Jeżeli uprawnienie do działania może, w określonych okolicznościach, przysługiwać również innemu organowi, to z definicji nie jest ono wyłączne. Wyłączność i subsydiarność wzajemnie się wykluczają.

Na marginesie pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół wiele mówiący o dokładności całej odpowiedzi. UOKiK wspomina o "organie ochrony konsumentów w Irlandii". Tymczasem irlandzkim koordynatorem do spraw usług cyfrowych jest Coimisiún na Meán czyli instytucja wywodząca się z systemu regulacji mediów, a nie klasyczny organ ochrony konsumentów.

Ta sama sprawa, dwie różne odpowiedzi

Najbardziej dziwny fragment stanowiska UOKiK nie dotyczy jednak reklam. Dziennikarze money.pl zapytali również o zablokowanie konta Rafała Brzoski na Instagramie oraz o to, czy badanie takich praktyk mieści się w kompetencjach urzędu. UOKiK odpowiedział, że jeśli blokowanie kont ma charakter systemowy i powtarzalny, to wiąże się to z wykonywaniem przez Metę obowiązków wynikających z DSA, a ocena tego należy do obowiązków Komisji Europejskiej.

Problem w tym, że zaledwie kilka zdań wcześniej ten sam urząd informuje o postawieniu Meta Platforms Ireland zarzutów dotyczących sposobu, w jaki konsumenci mogą kontaktować się z tą spółką. Jako przykład sytuacji wymagającej takiego kontaktu wskazuje właśnie utratę dostępu do konta. Postępowanie wszczęto na podstawie krajowych przepisów o ochronie konsumentów. UOKiK wyraźnie przy tym zaznaczył, że badane praktyki nie dotyczą naruszenia DSA, lecz prawa konsumenckiego, którego egzekwowanie należy do kompetencji prezesa UOKiK.

Zatem w jednym stanowisku otrzymujemy dwie różne odpowiedzi dotyczące w istocie tego samego problemu. Gdy Urząd opisuje podjęte przez siebie działania, to utrata dostępu do konta może być według UOKiK oceniana na gruncie krajowego prawa konsumenckiego. Ale gdy odpowiada na pytanie o możliwość podjęcia interwencji, to przedstawia systemowe blokowanie kont jako sprawę należącą do właściwości Komisji Europejskiej.

UOKiK nie wyjaśnia przy tym, gdzie według prezesa UOKiK przebiega granica między tymi przypadkami. Trudno zresztą wskazać, na czym miałaby ona polegać. Skoro utrata dostępu do konta może zostać oceniona na gruncie prawa konsumenckiego, mimo równoległego obowiązywania DSA - a może, skoro Meta usłyszała zarzuty - to podobną ocenę można przeprowadzić również w sprawie oszukańczych reklam.

Samo istnienie obowiązków wynikających z DSA nie wyłącza przecież automatycznie stosowania krajowego prawa ochrony konsumentów. Ten sam stan faktyczny może podlegać ocenie na podstawie różnych przepisów i z różnych perspektyw. Przekazanie Komisji Europejskiej informacji o możliwym naruszeniu DSA nie odpowiada więc na pytanie, dlaczego UOKiK nie zbadał równolegle tej sprawy i czy działania Mety mogły naruszać zbiorowe interesy konsumentów.

Przypominam - DSA i prawo konsumenckie obowiązują równolegle

Cała argumentacja UOKiK opiera się w mojej ocenie na założeniu, że tam, gdzie zastosowanie może znaleźć DSA, nie ma już miejsca na prawo ochrony konsumentów. Tymczasem samo rozporządzenie stanowi coś dokładnie przeciwnego.

Zarówno motyw 10 preambuły do Aktu, jak i art. 2 ust. 4 DSA wprost wskazują, że rozporządzenie nie narusza stosowania innych przepisów prawa UE. Literalnie wymieniono wśród nich prawo ochrony konsumentów, w tym dyrektywę 2005/29/WE dotyczącą nieuczciwych praktyk handlowych. Oba reżimy prawne obowiązują zatem równolegle. Jeden nie zastępuje drugiego, nie ma między nimi hierarchii ani mechanizmu, w którym DSA automatycznie wyłącza stosowanie przepisów konsumenckich.

Najlepszy dowód na to, że Urząd doskonale zna tę zasadę, znajduje się w jego własnej odpowiedzi. Ot, paradoks. Otóż uzasadniając zarzuty postawione Mecie w lutym 2026 r., UOKiK wyraźnie zaznaczył, że badane praktyki nie wynikają z naruszenia DSA, lecz podlegają ocenie na gruncie krajowego prawa konsumenckiego. Sformułował więc dokładnie tezę, której konsekwentne zastosowanie w sprawie fałszywych reklam i scamów powinno prowadzić co najmniej do zbadania, czy doszło do naruszenia zbiorowych interesów konsumentów.

Zakwalifikowanie zebranego materiału wyłącznie jako sprawy z zakresu DSA było zatem wyborem urzędu, a nie prawną koniecznością, do której urząd był zmuszony jakimś przepisem. Nikt nie twierdzi, że UOKiK uznał problem za nieistotny. Mój zarzut wobec prezesa UOKiK jest inny - urząd miał przed sobą dwie możliwe ścieżki działania, lecz wybrał wyłącznie tę, która kieruje sprawę do Komisji Europejskiej, bo tak jest wygodniej. Nie wyjaśnił przy tym, dlaczego zrezygnował z możliwości działania na bazie jego własnych kompetencji.

Chronologia zdarzeń podważa argumentację urzędu

Spójrzmy na kolejność wydarzeń.

  • W maju 2024 r. UOKiK wszczął postępowanie wyjaśniające dotyczące mechanizmów publikowania reklam na platformach Mety.
  • W czerwcu 2025 r. przekazał swoje ustalenia Komisji Europejskiej i zakończył sprawę, powołując się na brak podstawy prawnej do dalszego działania.
  • Tymczasem w lutym 2026 r. postawił Meta Platforms Ireland zarzuty na gruncie krajowych przepisów o ochronie konsumentów. Spółce zagroziła kara w wysokości do 10 proc. obrotu.

Oznacza to, że między czerwcem 2025 a lutym 2026 r. urząd bezspornie dysponował podstawą prawną, odpowiednimi instrumentami oraz możliwością prowadzenia postępowania przeciwko tej samej spółce. Skorzystał z nich, tylko że w innej sprawie.

Nie sposób więc przyjąć ogólnego twierdzenia UOKiK, że unijne przepisy pozbawiały regulatora podstawy do działania wobec Mety. Praktyka samego urzędu pokazuje coś przeciwnego. Co więcej, UOKiK przywołuje tę praktykę w tym samym stanowisku jako dowód własnej aktywności.

Trudno o bardziej wyraźną sprzeczność - urząd najpierw przekonuje, że sprawa dotycząca praktyk Mety należy do Komisji Europejskiej, a następnie wskazuje przykład, w którym sam ocenia praktyki tej samej spółki na podstawie krajowego prawa konsumenckiego. A zatem w mojej ocenie to nie brak kompetencji przesądził o losie sprawy fałszywych reklam. Przesądził o nim sposób, w jaki UOKiK zdecydował się zakwalifikować zebrany materiał.

Postępowanie KE niczego nie blokuje

UOKiK powołuje się również na to, że Komisja Europejska prowadzi już formalne postępowanie wobec Mety obejmujące między innymi podejrzenie niewystarczającego przeciwdziałania rozpowszechnianiu reklam wprowadzających w błąd. Argument ten początkowo może brzmieć rozsądnie, ale tylko dopóki nie zajrzymy do przepisów.

Artykuł 56 ust. 4 DSA stanowi, że wszczęcie postępowania przez Komisję pozbawia koordynatora państwa siedziby prawa do działania, ale, co ważne, tylko "na podstawie niniejszego rozporządzenia". Skutek ogranicza się więc do DSA. Nie obejmuje innych organów, innych podstaw prawnych ani postępowania dotyczącego nieuczciwej praktyki rynkowej prowadzonego przez krajowy organ ochrony konsumentów.

Postępowanie Komisji nie jest zatem prawną przeszkodą dla działań UOKiK. Może przemawiać za ich koordynacją, ale koordynacja nie oznacza rezygnacji z działania. Co więcej, postępowanie Komisji dotyczące reklam wprowadzających w błąd trwa od 2024 r. i nadal nie zostało rozstrzygnięte. A im dłużej toczy się bez rezultatu, tym więcej powinno to przemawiać za uruchomieniem szybszej ścieżki krajowej.

"Nie możemy zastępować Komisji", czyli zmiana tematu i mydlenie oczu

Odpowiedź UOKiK zakończono stwierdzeniem, że urząd nie może zastępować Komisji w postępowaniach do których prowadzenia prawo unijne nie przyznaje mu kompetencji. Takie podejście regulatora odwraca naszą uwagę od istoty problemu.

Postępowanie wszczęte na podstawie art. 24 ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów nie byłoby postępowaniem prowadzonym na podstawie DSA przez niewłaściwy organ. To odrębny reżim prawny, inna podstawa działania, inny przedmiot ochrony i inne możliwe rozstrzygnięcie. Podejmując takie działania, prezes UOKiK nie zastępowałby Komisji Europejskiej. Ba! Podobnie jak nie zastępował jej wtedy, gdy karał np. litewski Vinted.

Może oczywiście pojawić się argument dotyczący zakazu podwójnego karania. Gdyby Komisja nałożyła sankcję na podstawie DSA, a UOKiK zastosował karę wynikającą z prawa konsumenckiego, Meta mogłaby powołać się na zasadę ne bis in idem (zakaz wielokrotnego ścigania, sądzenia lub karania tej samej osoby - red.).

Trybunał Sprawiedliwości w sprawach bpost i Nordzucker dopuścił jednak równoległe postępowania prowadzone w różnych reżimach, jeżeli realizują one uzupełniające się cele, pozostają skoordynowane, a łączna sankcja jest proporcjonalna. W tym przypadku DSA chroni integralność przestrzeni informacyjnej, prawo konsumenckie zabezpiecza ekonomiczne interesy konsumentów, a współpracę organów umożliwia sieć CPC.

Podpowiadam, jak sformułować zarzut, aby Meta go nie obaliła

Powodzenie postępowania zależałoby przede wszystkim od właściwego sformułowania zarzutu. Meta przede wszystkim stosuje następującą linię obrony - reklamy pochodzą od osób trzecich, a art. 6 DSA ogranicza naszą odpowiedzialność, czytaj pośrednika, za przechowywane przez nas cudze treści. Gdyby zarzut dotyczył wyłącznie odpowiedzialności Mety za treść fałszywych reklam na kanwie bycia pasywnym i neutralnym pośrednikiem, to spór mógłby zakończyć się właśnie na tym przepisie.

Zarzut powinien więc dotyczyć własnych działań Mety:

  • pozornej weryfikacji reklamodawców przed dopuszczeniem kampanii,
  • wadliwego mechanizmu ponownej kontroli pozwalającego po akceptacji podmienić zatwierdzoną reklamę na oszukańczą,
  • kierowania reklam przez algorytmy do określonych odbiorców, w tym grup szczególnie narażonych,
  • braku kasowania pixel ID i likwidowania lewych kont,
  • obsługi np. reklamodawców z Azji kierujących fałszywy przekaz do polskich konsumentów przez zespół azjatycki,
  • pozornego rozpatrywania zgłoszeń oraz komunikatów o bezpieczeństwie systemu reklamowego, które mogą rozmijać się z jego rzeczywistym działaniem.

Są to działania Mety, a nie reklamodawców. Meta jest przy tym aktywnym podmiotem, co opisuję szerzej w dalszej części mojej opinii. Podstawę postępowania mogłyby stanowić art. 24 ust. 1 i ust. 2 pkt 3 ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów w związku z art. 4 ust. 1 oraz art. 5 i 6 ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym.

Kluczowe byłoby właściwe opisanie roli spółki. W działalności reklamowej Meta nie jest jedynie tzw. neutralnym i biernym pośrednikiem przechowującym cudze informacje. Jest stroną odpłatnej umowy o świadczenie usług reklamowych, bo pozyskuje reklamodawcę, ustala cenę emisji, dobiera odbiorców i optymalizuje przekaz. Artykuł 6 DSA ogranicza odpowiedzialność za cudze treści, lecz nie zwalnia dostawcy z odpowiedzialności za jego własne postępowanie. Co więcej, ust. 4 tego artykułu zachowuje możliwość nakazania zaprzestania naruszenia.

Nawet na gruncie tzw. bezpiecznej przystani pozycja Mety jest kiepska

Załóżmy jednak, że Meta zdoła sprowadzić spór do odpowiedzialności biernego pośrednika za cudze treści. Nawet wtedy jej pozycja nie jest już tak komfortowa jak kiedyś. W sprawie Google France Trybunał Sprawiedliwości uznał, że z wyłączenia odpowiedzialności może korzystać pośrednik, którego rola jest neutralna, czysto techniczna, automatyczna i bierna. W sprawie L'Oréal przeciwko eBay doprecyzował, że optymalizowanie sposobu prezentacji ofert i ich promowanie może oznaczać rolę aktywną. Ochrona nie przysługuje również wtedy, gdy starannie działający przedsiębiorca powinien był dostrzec bezprawny charakter działalności.

Muszę jednak od razu poczynić zastrzeżenie, które zwolennicy tej argumentacji często pomijają, osłabiając w ten sposób własny wywód. W sprawie Google France Trybunał wyraźnie stwierdził, że sama odpłatność usługi oraz ustalanie warunków płatności nie pozbawiają pośrednika ochrony.

Argument, że Meta zarabia na reklamach miliardy, więc automatycznie traci bezpieczną przystań, jest zatem bezwartościowy. Znaczenie mają nie przychody spółki, lecz stopień jej kontroli nad powstawaniem i rozpowszechnianiem przekazu - profilowanie odbiorców, weryfikacja reklam przed emisją oraz narzędzia generatywnej AI współtworzące kreacje reklamowe.

Zresztą nasz krajowy sąd zajął już w tej sprawie stanowisko. Sąd Apelacyjny w Warszawie w postanowieniu z 27 marca 2026 r. uznał, że rola Mety nie ogranicza się do biernego przechowywania treści. Platforma decyduje bowiem o publikacji reklam, weryfikuje je przed emisją, kieruje do wybranych grup odbiorców i osiąga z tego bezpośrednie przychody.

Oczywiście nie jest to wyrok rozstrzygający sprawę co do istoty, lecz postanowienie o zabezpieczeniu, wydane na podstawie uprawdopodobnienia roszczenia. Spółce przysługuje ponadto skarga kasacyjna. Decyzja tymczasowa prezesa UOKiK również nie wymaga pełnego udowodnienia naruszenia, lecz jego uprawdopodobnienia. Skoro polski sąd uznał aktywną rolę Mety za uprawdopodobnioną, to UOKiK dzięki temu otrzymał poważny argument do rozważenia zastosowania własnych tymczasowych środków.

Wiedza o ryzyku, której nadano cenę

Najpoważniejszy element tego sporu pojawił się jednak poza Polską i poza postępowaniami urzędowymi. W listopadzie 2025 r. Reuters opublikował ustalenia oparte na wewnętrznych dokumentach Mety. Wynikało z nich, że jeszcze przed aukcją reklamową automatyczne systemy spółki obliczają prawdopodobieństwo, iż reklamodawca dopuszcza się oszustwa.

Do usunięcia reklamy ma dochodzić dopiero wtedy, gdy prawdopodobieństwo to osiąga ok. 95 proc. Jest to próg wielokrotnie wyższy niż standard wymagany w postępowaniach dotyczących ochrony konsumentów.

Poniżej tej granicy Meta miała nie usuwać reklam pochodzących od podmiotów uznanych za prawdopodobnych oszustów, lecz naliczać im wyższe stawki, określane w dokumentach jako penalty bids (oferty karne - red.).

Dalsze ustalenia tworzą obraz sytuacji jeszcze trudniejszy do obrony przez Metę. Niewielki reklamodawca miał zostać oznaczony jako promujący oszustwa finansowe co najmniej osiem razy, zanim spółka zablokowała jego konto. Konta przynoszące wysokie przychody mogły natomiast zgromadzić ponad 500 ostrzeżeń.

Meta miała też ustalić limit przychodów, który była gotowa poświęcić na egzekwowanie własnych zasad. To 0,15 proc. całości, czyli ok. 135 mln dol. Jednocześnie reklamy uznane przez dział prawny za ryzykowne miały przynosić przez pół roku ok. 3,5 mld dol. W jednym z dokumentów zapisano, że płynące z tego przychody niemal na pewno przewyższą koszty ewentualnej ugody z organami regulacyjnymi.

Prawne znaczenie tych informacji jest trojakie. Po pierwsze, podważają one argument o braku wiedzy. Artykuł 6 ust. 1 lit. a DSA oraz test wynikający ze sprawy L'Oréal przeciwko eBay wyłączają ochronę w razie wiedzy o okolicznościach wskazujących na bezprawność takiego działania. W tym przypadku wiedzy nie trzeba byłoby domniemywać, skoro system operatora sam oblicza ryzyko oszustwa przed emisją reklamy i zapisuje wynik tej oceny.

Po drugie, ustalenia te mogą zmieniać kwalifikację całej praktyki. Sprzeczność z dobrymi obyczajami, o której mowa w art. 4 ust. 1 ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, znacznie łatwiej wykazać, gdy przedsiębiorca nie tylko rozpoznaje ryzyko, lecz także je wycenia i uwzględnia w swoim modelu biznesowym. W takim ujęciu zaniedbanie przestaje być zwykłym niedopatrzeniem, a zaczyna wyglądać jak świadoma decyzja biznesowa.

Po trzecie, zachowanie można przypisać samej Mecie. Ustalanie ceny emisji "lewej" reklamy na podstawie własnej oceny ryzyka oszustwa jest działaniem platformy, a nie reklamodawcy. Tym samym argument oparty na tym, że problem dotyczy wyłącznie cudzej treści, traci sens.

Siedziba w Dublinie - i co z tego?

Pozostaje jeszcze łagodniejsza wersja argumentu jurysdykcyjnego. Sprawa ma charakter transgraniczny, a spółka Meta ma europejską siedzibę w Irlandii, więc właściwymi adresatami powinny być organy irlandzkie.

W prawie konsumenckim taki mechanizm jednak nie istnieje. Nie obowiązuje tu zasada jednego okienka, znana z ochrony danych osobowych. Rozporządzenie CPC 2017/2394 służy współpracy między krajowymi organami i nie zapewnia przedsiębiorcy immunitetu poza państwem jego siedziby. Potwierdzają to wyroki.

Muszę podkreślić, że analizując sprawy europejskie, nie znalazłem europejskiego organu ochrony konsumentów, który ukarałby platformy za rozpowszechnianie fałszywych reklam. Nikt dotąd tego nie zrobił, ale polski regulator dysponował już odpowiednim materiałem od maja 2024 r. i mógł być pierwszy.

Instrumenty, po które nie sięgnięto

Urząd zapowiedział ponowny kontakt z KE, zamiast podjąć stosowne działania. Warto przypomnieć, jak wiele dostępnych instrumentów nadal pozostaje niewykorzystanych w rękach UOKiK. Publiczne ostrzeżenie wymaga jedynie wysokiego prawdopodobieństwa stosowania nieuczciwej praktyki i pozwala natychmiast ostrzec konsumentów, bez czekania na zakończenie postępowania.

Decyzja tymczasowa, oparta na uprawdopodobnieniu naruszenia, umożliwia nakazanie zaprzestania określonych działań jeszcze przed ostatecznym rozstrzygnięciem sprawy.

Zgłoszenie sprawy w sieci CPC (Europejska sieć współpracy w dziedzinie ochrony konsumentów - red.) pozwala uruchomić skoordynowane działania, nie wymagając przy tym rezygnacji z postępowania krajowego. Żaden z tych instrumentów nie został wykorzystany. Nie wiadomo dlaczego, ponieważ Urząd nie przedstawił powodów swojej decyzji.

Co uczciwie muszę przyznać Prezesowi UOKiK

Moja krytyka działania UOKiK byłaby nierzetelna, gdybym pominął okoliczności przemawiające na korzyść Urzędu. Polska nie wdrożyła jeszcze DSA do krajowego porządku prawnego, ustawa wdrożeniowa została zawetowana przez prezydenta, ani nie wyznaczyła skutecznie koordynatora do spraw usług cyfrowych, którym miał zostać prezes UKE.

Przekazanie ustaleń KE może być jedną z dostępnych dróg działania w ramach DSA i samo w sobie nie stanowi przedmiotu mojej krytyki. Urząd podejmuje również działania tam, gdzie uznaje swoje kompetencje za bezsporne. Dowodzą tego lutowe zarzuty wobec Mety, podobnie jak postępowanie wszczęte w październiku 2024 r. w sprawie sposobu prezentowania odnośników do treści prasowych.

Chcę zauważyć, że UOKiK nigdzie nie stwierdził, iż przekazany materiał nie został przeanalizowany pod kątem prawa konsumenckiego. Urząd poinformował jedynie, że dostrzegł możliwe naruszenia DSA. Nie można więc wykluczyć, że przeprowadzono również ocenę konsumencką, lecz jej wynik okazał się negatywny. Dopóki jednak urząd nie przedstawi obszernego stanowiska na piśmie, pozostaje to jedynie hipotezą.

Pytania, które wymagają konkretnych odpowiedzi

Dlatego cała sprawa sprowadza się do kilku pytań, których nie da się zbyć ogólnikiem.

  • Czy materiał zebrany od maja 2024 r. poddano ocenie pod kątem artykułu 24 ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, a jeżeli tak, to z jakim wynikiem i w jakim dokumencie?
  • Jeżeli nie, to na jakiej podstawie odstąpiono od tej oceny, skoro artykuł 2 ustęp 4 DSA wprost wyklucza wypieranie prawa konsumenckiego?
  • Dlaczego utrata dostępu do konta podlega ocenie konsumenckiej, a systemowe blokowanie kont należy już do Komisji i gdzie przebiega granica?
  • Który przepis DSA przyznaje Komisji wyłączność w zakresie artykułu 16 ustęp 6 (bo ja takiego nie znajduję)?
  • Czy rozważano ostrzeżenie publiczne lub decyzję tymczasową i co przesądziło o rezygnacji z tego typu działań?
  • I w końcu - czy urząd wystąpił do spółki o dokumenty dotyczące mechanizmu penalty bids?

Płacą miliony Polaków

Stawka wykracza poza jedną sprawę i jedną instytucję. Jeżeli przyjmiemy, że wejście w życie unijnych regulacji automatycznie wyłącza krajowe organy ochrony konsumentów wszędzie tam, gdzie sprawy się stykają, skutkiem nie będzie lepsza ochrona konsumenta, tylko paraliż.

Bruksela ma jedno postępowanie na platformę i lata na jego przeprowadzenie. A UOKiK ma narzędzia działające raczej w miesiącach niż latach. Rezygnacja z tych drugich w imię czekania na to pierwsze nie jest przejawem honorowania unijnego porządku prawnego. Jest raczej biurokratycznym wygodnym nieporozumieniem i to nieporozumieniem, za które płacą miliony Polaków, klikających w lewe reklamy np. z twarzą znanego przedsiębiorcy. Skończmy z tym, Panie Prezesie UOKiK, proszę się nie bać i działać zgodnie z krajowymi przepisami.

Piotr Mieczkowski - dyrektor zarządzający Fundacji Digital Poland, członek zarządu KIGEIT (Krajowa Izba Gospodarcza Elektroniki i Telekomunikacji), wiceprezes European AI Forum, członek Rady biznesowej Bielik.AI, wykładowca na studiach podyplomowych Akademii Leona Koźmińskiego.

Tytuł i część śródtytułów pochodzą od redakcji.

Wybrane dla Ciebie