Grzegorz Siemionczyk, money.pl: Popyt konsumpcyjny w Polsce rozbiegł się w ostatnich kwartałach z nastrojami konsumentów. Jedną z przyczyn tego zjawiska jest wysoka skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania. Wielu ekonomistów oczekiwało, że ta skłonność osłabnie, gdy wyhamuje wzrost płac, a realna wartość oszczędności – tzn. ich siła nabywcza – wróci do poziomu sprzed inflacyjnego szoku. Oba te warunki zostały spełnione, tymczasem stopa oszczędności pozostaje na wysokim historycznie poziomie. Możemy już uznać, że nastąpiła trwała zmiana postaw gospodarstw domowych?
Mikołaj Raczyński, wiceprezes Polskiego Funduszu Rozwoju ds. inwestycji: Coraz więcej wskazuje na to, że mamy do czynienia ze zmianą o trwałym charakterze, a nie tylko z efektem cyklicznym. To dobrze, bo poziom krajowych oszczędności będzie miał coraz większe znaczenie dla finansowania inwestycji i tempa rozwoju polskiej gospodarki.
Za wzrostem stopy oszczędzania stoją m.in. trendy demograficzne. Starzenie się ludności ma bezpośredni wpływ na ten wskaźnik ze względu na zmieniającą się strukturę wydatków gospodarstw domowych w cyklu życia. Wzrost mediany wieku w Polsce powinien więc stopniowo podwyższać stopę oszczędzania. Znaczenie ma również malejąca dzietność: to, jaki odsetek gospodarstw domowych ma na utrzymaniu dzieci, co wiąże się z dużymi wydatkami, wpływa na ich możliwości oszczędzania.
Nie bez znaczenia jest też to, że ostatnie lata przyniosły skokowy wzrost realnych dochodów Polaków. Tego rodzaju zmiany nie prowadzą automatycznie do równie silnego wzrostu realnych wydatków. Gospodarstwa domowe zazwyczaj dostosowują swoje wydatki stopniowo.
Na koniec minionego roku gospodarstwa domowe dysponowały aktywami finansowymi o wartości 3,9 bln zł. W ujęciu realnym, czyli po uwzględnieniu wzrostu cen, to kwota o ponad 5 proc. powyżej poprzedniego rekordu z 2021 r. Niemal połowę tych aktywów stanowi gotówka i depozyty w bankach. Ministerstwo Finansów liczy na to, że Osobiste Konta Inwestycyjne, które mają być dostępne z początkiem 2027 r., przekierują te oszczędności na rynek kapitałowy, z korzyścią dla gospodarki. Jak duży jest potencjał OKI?
Zaktywizowanie tych oszczędności, które dziś pozostają w gotówce i na depozytach bankowych, jest w mojej ocenie jednym z najważniejszych wyzwań rozwojowych polskiej gospodarki.
Uwarunkowania geopolityczne sprawiają, że na niektórych z zewnętrznych źródeł kapitału nie możemy już polegać tak jak dawniej. Kapitał staje się dziś jednym z fundamentów suwerenności gospodarczej państwa. A możliwości finansowania inwestycji przez sektor publiczny, ze względu na podwyższony deficyt budżetowy, są obecnie ograniczone. Dlatego większą część inwestycji w przyszłości będzie musiał finansować kapitał prywatny.
OKI powinny w tym pomóc, bo jest to rozwiązanie zaprojektowane z myślą o przeciętnym Polaku. Limit inwestycji w OKI, które będą zwolnione z podatku od zysków kapitałowych (100 tys. zł – red.), jest ustalony na takim poziomie, aby zdecydowana większość oszczędzających w ogóle tego podatku nie płaciła. Konstrukcja OKI będzie też promowała kulturę inwestowania w różne instrumenty finansowe, nie tylko te najbezpieczniejsze.
W Szwecji podobne rozwiązanie zadziałało bardzo dobrze, chociaż startowało w nieco bardziej sprzyjających okolicznościach, gdy stopy procentowe były praktycznie zerowe. To samo w sobie skłaniało ludzi do większego zainteresowania rynkiem kapitałowym. W Polsce stopy procentowe są obecnie relatywnie wysokie, ale OKI też mają szansę zdobyć dużą popularność. Powinny temu sprzyjać wysokie w ostatnich latach stopy zwrotu na warszawskiej giełdzie.
OKI to nie tylko sposób na przekierowanie oszczędności na rynek kapitałowy, ale też spełnienie obietnicy wyborczej KO, że zniesie podatek od zysków kapitałowych, czyli tzw. podatek Belki, dla długoterminowych oszczędności i inwestycji do kwoty 100 tys. zł. Tej propozycji nie dało się zrealizować w jakiś prostszy sposób, który nie wymagałby zakładania nowych rachunków w instytucjach finansowych, do których część Polaków nie ma zaufania?
Moim zdaniem OKI dobrze odpowiada na dwa cele jednocześnie: zwiększenie atrakcyjności inwestowania i zachowanie sprawiedliwości systemu podatkowego. Kwoty wolnej od podatku Belki nie da się wprowadzić w sposób bezpośredni, bo to nie jest podatek od aktywów tylko od zysków z aktywów. Z kolei na istotnym obniżeniu samej stawki tego podatku w największym stopniu skorzystaliby najbogatsi Polacy. OKI pozwala te wyzwania obejść. Zainwestowanie 100 tys. za pośrednictwem tego konta będzie miało dokładnie taki efekt, jak zniesienie podatku Belki od zysków z aktywów o takiej wartości. Ten limit jest na tyle wysoki, że grono beneficjentów OKI będzie bardzo szerokie, nie ograniczy się do osób dobrze sytuowanych. A dodatkowo ten produkt będzie zachęcał do inwestowania nowe osoby, które dotąd pozostawały poza rynkiem.
W ostatnich raportach Międzynarodowy Fundusz Walutowy zwracał uwagę na to, że w Polsce preferencyjnie opodatkowane są inwestycje w nieruchomości. Zalecał rządowi wycofanie tych preferencji, w tym przez wprowadzenie podatku katastralnego, aby zwiększyć wpływy do budżetu, ale też przekierować część oszczędności z rynku mieszkaniowego na rynek kapitałowy. To dobry pomysł?
Kluczowy jest cel, a nie jeden konkretny instrument. Powinniśmy stopniowo zwiększać atrakcyjność rynku kapitałowego względem innych form lokowania oszczędności, bo Polska - podobnie jak cała Europa - potrzebuje więcej kapitału na finansowanie przedsiębiorstw i innowacji. Nie oznacza to jednak, że istnieje tylko jedna droga do osiągnięcia tego celu. Podatki są tylko jednym z elementów. Równie ważne jest budowanie kultury inwestowania. To wymaga jednocześnie atrakcyjnych instrumentów finansowych, konkurencyjnych stóp zwrotu i odpowiednich zachęt. OKI dobrze wpisują się w takie podejście.
Za potrzebą zmobilizowania lokalnego kapitału, skierowania go na rynek kapitałowy kryje się diagnoza, że mamy problem z finansowaniem innowacyjnych przedsiębiorstw, a to na dłuższą metę będzie ograniczało rozwój gospodarki. Ten problem istnieje w całej Europie, ale Polska w różnych rankingach innowacyjności wypada słabo nawet na tle innych państw UE. Dlaczego tak się dzieje?
Moim zdaniem obraz polskiej innowacyjności jest bardziej złożony. W zeszłym roku rozwijaliśmy się najszybciej spośród dużych państw UE (większą zwyżkę PKB niż Polska odnotowały tylko Irlandia, Malta i Cypr – red.), w tym i w przyszłym roku będzie podobnie. Nie każdy kraj musi budować swoją przewagę na gigantach technologicznych czy tworzeniu modeli sztucznej inteligencji.
Można osiągnąć bardzo wysoki poziom rozwoju gospodarczego i bogactwa, skupiając się na innych – swoich – specjalizacjach. I Polska takie swoje specjalizacje posiada. Ale przedsiębiorstwa, niezależnie od sektora, w którym działają, potrzebują kapitału, aby mogły się rozwijać.
USA, dzięki głębokiemu rynkowi kapitałowemu, ma pod tym względem przewagę nad całą Europą z jej kulturą finansowania bankowego. Banki z definicji są inwestorami ostrożnymi, ale zaostrzenie regulacji w następstwie kryzysu finansowego z 2008 r. jeszcze bardziej przesunęło je w kierunku najbezpieczniejszych aktywów, takich jak obligacje skarbowe, kredyty hipoteczne i pożyczki dla największych firm, które można łatwo zabezpieczyć na nieruchomościach.
Ale europejska gospodarka cyfryzuje się. Coraz większa część aktywów firm ma charakter niematerialny. Kapitału, który jest gotowy finansować rozwój takich przedsiębiorstw, brakuje. Na poziomie UE odpowiedzią na to wyzwanie jest tzw. unia oszczędności i inwestycji, a w Polsce OKI, ale też nasze programy Innovate Poland i PFR Deep Tech.
Chce pan powiedzieć, że takie wskaźniki innowacyjności jak European Innovation Scoreboard, który stawia Polskę pod tym względem w ogonie EU, niewłaściwie tę innowacyjność definiują i mierzą? Czy chodzi o to, że innowacyjność w tym rozumieniu nie jest wcale kluczem do rozwoju?
Stawiam tezę, że innowacyjność, na której koncentrują się tego rodzaju rankingi, jest zbyt wąsko rozumiana. Dlatego z jednej strony mamy kraje, które bardzo dobrze wypadają w tych zestawieniach, ale nie rozwijają się, a z drugiej strony kraje takie jak Polska, które w rankingach wypadają słabo, a gospodarczo pędzą. To nie oznacza, że rankingi są nieprzydatne, ale pokazują tylko część obrazu. Wystarczy spojrzeć na to, jak zmienia się struktura polskiego eksportu. W ostatnich latach najszybciej rósł eksport towarów i usług z nowoczesnych branż, a nie tych należących do starej gospodarki.
Minęły niemal dwa lata od publikacji głośnego raportu Draghiego, w którym były prezes Europejskiego Banku Centralnego diagnozował bariery rozwoju europejskiej gospodarki. Była w nim oczywiście mowa o konieczności pogłębienia rynku kapitałowego. I, jak pan zauważył, unijni liderzy mają tego świadomość. Pytanie jednak, czy to przekłada się na jakieś rzeczywiste działania? Inaczej mówiąc, czy widać poprawę w dostępie europejskich przedsiębiorstw do kapitału tolerującego podwyższony poziom ryzyka?
Moim zdaniem tak. Na początku czerwca spółka ICEYE, założona przez Rafała Modrzewskiego, pozyskała 450 mln euro na rynku europejskim. W tej transakcji producent satelitów został wyceniony na ponad 10 mld euro. To bardzo ważny sygnał dla założycieli innych firm, że pozyskanie dużego kapitału w Europie staje się coraz bardziej realnym scenariuszem.
Każda taka transakcja będzie hamowała exodus takich przedsiębiorców do Doliny Krzemowej. Bo innowacyjnych firm w Europie, także w Polsce, nie brakuje. Tylko że dotąd większość z nich na pewnym etapie przenosiła się do USA.
Czy tworzenie ekosystemu, który pozwalałby takim firmom myśleć o rozwoju w Europie, nie wymaga działania raczej na szczeblu unijnym niż narodowym? Nawiązuję do inicjatywy InnovatePoland, zainaugurowanej przez PFR w listopadzie. To nie jest przejaw problemów UE z koordynacją?
Jedno nie wyklucza drugiego. Powinniśmy realizować zarówno nasze krajowe inicjatywy pogłębiające rynek kapitałowy, jak i wspierać inicjatywy europejskie. Zwłaszcza że te drugie, jak wiadomo, wymagają z reguły czasochłonnych ustaleń. Błędem byłoby na przykład czekanie na europejski odpowiednik OKI, który może kiedyś powstanie, ale może nie.
Dodatkowym argumentem, aby działać też lokalnie, jest to, że niektóre z europejskich pomysłów są niedopasowane do naszych potrzeb. Przykładowo Komisja Europejska uruchamia Scaleup Europe Fund, który jest instrumentem zaprojektowanym przede wszystkim z myślą o największych gospodarkach Europy Zachodniej. My możemy i powinniśmy zabiegać o to, żeby tego rodzaju unijne inicjatywy były lepiej dopasowane do potrzeb całej Unii Europejskiej, ale równolegle musimy rozwijać własne programy, takie jak właśnie Innovate Poland czy PFR DeepTech.
W pierwszych miesiącach roku był pan zaangażowany w dyskusję na temat SAFE, unijnego programu finansowania inwestycji w obronność, który budził w Polsce silne kontrowersje. Opozycja twierdziła, że ta pożyczka będzie droższa niż emisja złotowych obligacji, a prezydent Karol Nawrocki wraz z prezesem NBP wyszli z propozycją finansowania wydatków zbrojeniowych zyskami banku centralnego. Ostatecznie rząd po kredyt z SAFE sięgnął, pierwsze przelewy już trafiły do BGK, ale krytykę tej decyzji wciąż słychać. Obecnie koncentruje się ona na tym, że pieniądze z SAFE będą wyciekały za granicę i że oprocentowanie tej pożyczki jest wyższe niż można było oczekiwać.
Oba te zarzuty są nieprawdziwe. Względem początku roku koszty zaciągania pożyczek przez UE czy USA wzrosły; to samo dotyczy kosztów zaciągania pożyczek przez polski rząd.
Największym atutem SAFE jest właśnie to, że w każdych warunkach będzie on dla Polski bardziej korzystny niż samodzielne pożyczanie na rynku finansowym. Wynika to z tego, że koszt kredytu z SAFE bazuje na wiarygodności kredytowej całej UE, a nie jednego kraju.
Jeśli zaś chodzi o przeznaczenie pieniędzy z SAFE, to pierwsze transze zostały rozdysponowane bardzo szeroko, trafiły nie tylko do wielu firm, ale też wielu regionów kraju. To jest niedoceniany aspekt inwestycji w obronność, że zamówienia nie idą tylko do największych miast, ale też do Bydgoszczy, Jasła, Skarżyska-Kamiennej, Stalowej Woli, Nowej Dęby, Grudziądza, Kalisza, Zielonki, Jelcza-Laskowic czy Białych Błot. Pieniądze, które trafiają do tych ośrodków, będą krążyły w lokalnej gospodarce, dzięki czemu SAFE ma szansę stać się także silnym impulsem rozwojowym.
Ale to nie łagodzi wątpliwości, że te polskie firmy, które są beneficjentami SAFE, dużą część komponentów do produkcji będą musiały importować. Opozycja grzmi, że to będzie import z Niemiec, ale bardziej niepokojący byłby import z Chin. Czy nie będzie tak, że ostatecznie ten nasz wielomiliardowy kredyt będzie pogłębiał nierównowagę w handlu między Polską a Chinami?
Wzrost importu z Chin jest niepożądany w tych obszarach, które mają znaczenie dla bezpieczeństwa i konkurencyjności Europy. Przewaga konkurencyjna chińskich firm w jakimś stopniu wynika z tego, że nie obowiązują ich te same wymogi, normy i standardy, które obowiązują u nas. To oznacza, że konkurujemy na nierównych zasadach. Dawniej bariery transportowe częściowo ograniczały skalę tego zjawiska, ale dziś mają one znacznie mniejsze znaczenie wraz z postępem globalizacji. Jednocześnie w Europie wciąż istnieją bariery utrudniające rozwój wspólnego rynku. W efekcie handel wewnątrz Unii Europejskiej rośnie wolniej niż handel z krajami trzecimi.
Jeśli poważnie traktujemy ideę suwerenności gospodarczej, powinniśmy dążyć do tego, aby coraz większa część europejskiego popytu była zaspokajana przez europejski przemysł. Nie oznacza to oczywiście, że Europa powinna produkować wszystko sama. Nie ma nic złego w tym, że bogatsze kraje importują towary o niższej wartości dodanej. Kluczowe jest jednak ograniczanie zależności w sektorach strategicznych, tak aby nie mogły one zostać wykorzystane jako narzędzie nacisku geopolitycznego.